04.01.2023, 15:32 ✶
- Wiesz, jak wręczasz kobiecie jedną czerwoną różę, to nie trzeba jej liczyć i wszystko jest jasne. Czerwona róża jako symbol miłości i namiętności i jedna, więc nieparzysta, na szczęście – to akurat nie było trudne: było wręcz banalne. Dla laika faktycznie brzmiało niemożebnie skomplikowanie, ale jeśli nauczyło się kilku zasad, to łatwo było wszystko rozpracować. Zwłaszcza z tymi parzystymi i nieparzystymi. Z tym liczeniem to też wcale nie było takie trudne. W parzystej liczbie kwiaty źle się układały, florysta od razu to widział. Ogólnie: od razu było to widać. A bukiet, który dostała od Sauriela był porządnie skomponowany. Victoria zresztą uśmiechnęła się pod nosem, najwyraźniej dość ubawiona z tego tematu i z biednego Sauriela, który najwyraźniej nie ogarniał. - Mówisz o wypełniaczach. To niekoniecznie są kwiaty, często po prostu jest to tak zwana zieleń. Nie trawa. Trawa się nie nadaje, zaraz będzie smętnie oklapnięta i zepsuje cały bukiet. Mój drogi, sztuka bukieciarska to wcale nie taka łatwa sprawa – chodziło wszak o kompozycję, o dobór kolorów, o zapach, o mikroklimat w pomieszczeniu i o to, by sprawić komuś przyjemność. Mogłaby mu tak długo opowiadać, jeśli tylko chciałby słuchać: naprawdę kochała kwiaty.
Postanowiła nie odpowiadać na to pytanie – po prostu wlepiła w niego spojrzenie, a Sauriel mówił dalej. Na to kobieta oparła łokieć na blacie stołu i w zamyśleniu przejechała palcem wskazującym po ustach. Miał rację, mogła się zakraść do swojego pokoju po rzeczy na zmianę. A oficjalnie im później wróci tym pewnie lepiej – to by znaczyło, że tym razem świetnie się z Rookwoodem bawili; dadzą jej spokój, a tym bardziej jemu dadzą spokój.
- No dobra, niech ci będzie – powiedziała w końcu i była bardzo bliska wywrócenia oczyma, powstrzymała się jednak. - Ale skoro już się tu pofatygowaliśmy to nie odmówię sobie obiadu – nie będzie żadnego wcześniejszego wychodzenia. Była głodna.
Postanowiła nie odpowiadać na to pytanie – po prostu wlepiła w niego spojrzenie, a Sauriel mówił dalej. Na to kobieta oparła łokieć na blacie stołu i w zamyśleniu przejechała palcem wskazującym po ustach. Miał rację, mogła się zakraść do swojego pokoju po rzeczy na zmianę. A oficjalnie im później wróci tym pewnie lepiej – to by znaczyło, że tym razem świetnie się z Rookwoodem bawili; dadzą jej spokój, a tym bardziej jemu dadzą spokój.
- No dobra, niech ci będzie – powiedziała w końcu i była bardzo bliska wywrócenia oczyma, powstrzymała się jednak. - Ale skoro już się tu pofatygowaliśmy to nie odmówię sobie obiadu – nie będzie żadnego wcześniejszego wychodzenia. Była głodna.