15.06.2024, 02:07 ✶
W ciągu ostatnich kilku lat niewiele było w życiu Perseusa chwil, kiedy chciał zatrzymać czas, wykraść te momenty Przemijaniu i przeżywać je na nowo nieskończenie wiele razy, dlatego ze zdumieniem - ale także swoistą grozą; za niespełna tydzień miał wszakże stanąć przed ołtarzem - pojął, że każde spotkanie z Laurentem Prewettem niewątpliwie należy do ich grona. Nie musiał nic mówić (choć głos jego był ciepły jak letni deszcz i kojący jak pierwsze ptaszęce na moment przed świtem, jakby całym sobą chciał przekazać już jesteś bezpieczny, przetrwałeś noc), ani czynić żadnego gestu. Wystarczyło tylko, by w tym ułamku wieczności istniał obok niego, jego ramię niemalże ocierało się o jego skórę (och, jakże to bolesne było doświadczenie - mieć kogoś tak blisko siebie, na wyciągnięcie ręki i nie móc go dotknąć, nie móc wsunąć palców w jasne włosy i składać pocałunków na alabastrze skóry!) i przeżywał z nim to samo, choć w tak odmienny sposób.
W rozważaniach Laurenta kryła się jednak pewna smutna prawda; jak pięknym nie wydawałoby się to, co między nimi kiełkowało, nie miało racji bytu. Na koniec dnia Perseus, pełen poczucia obowiązków i wyrzutów sumienia, wróci do niej, do ich wspólnego domu i będzie próbował zapomnieć o wszystkim, prosząc go o to samo. Zbyt późno przecięły się ich ścieżki, aby ta relacja miała rację bytu. Ale czy nawet wtedy, gdyby spotkali się we właściwym momencie, mogłoby urodzić się między nimi coś stałego, coś, co przetrwałoby próbę czasu i kłody rzucane pod ich nogi przez świat? Nie mógł mieć takiej pewności; on przecież nie umiał być szczęśliwy.
— Nie wiem, czy patrzyłby na to w ten sam sposób i myślał w tych samych kategoriach, co my. Zdaje mi się, że artyści, bez względu na rodzaj tworzonej przez siebie sztuki, stąpają na cienkiej granicy pomiędzy rozsądkiem, a delirium i nierzadko przekraczają ją z pełną świadomością — tu zrobił na moment przerwę, chcąc opowiedzieć mu o pewnym pacjencie, popularnym autorze książek, o których Laurent z pewnością słyszał, który inspirację ze swych książek czerpał z nawiedzających go wizji. Człowiek ten odmawiał przyjmowania leków, twierdząc, że odbierają mu inspirację do pisania. Ostatecznie udało się je w niego wmusić, przestał całkowicie tworzyć, jakby wraz z objawami choroby zniknęły jego chęci do tworzenia. Była to jednak zbyt smutna historia dla Laurenta o wystarczająco smutnych oczach, a poza tym Perseusa obejmowała tajemnica lekarska. — Ale... czytałem jego listy do brata i sądzę, że może mieć pan rację. Vincent był samotny, jak tylko samotny może być człowiek otoczony przez ludzi, pośród których nie ma ani jednego przyjaciela. To przecież gorsze niż izolacja, nieważne czy dobrowolna, czy narzucona. Coś takiego wyniszcza i sprawia, że człowiek — celowo unikał fachowego pojęcia jednostka, uznając je za zbyt... dehumanizujące w kontekście prowadzonej przez nich rozmowy — staje się łatwym celem dla tych, którzy tylko pragną go wykorzystać. Tak, panie Prewett; to niesprawiedliwe, że świat teraz żywi się jego sztuką, którą tak chętnie ignorowano za życia Van Gogha.
Ktoś kiedyś powiedział Perseusowi, że na największych dziełach odciśnięte zostało piętno emocji towarzyszących ich twórcom. Na początku nie bardzo to wierzył, ale z czasem zaczął dostrzegać uczucia w doborze kolorów, kształtach, czy wykorzystanych technikach. I mimo, że sama teoria sztuki była dla niego jak czarna magia (choć, było to raczej określenie nietrafne - matka wszak nauczyła go tego i owego), tak jej przekaz nie stanowił dla niego żadnych trudności. Być może dlatego, że nie był z góry narzucony.
Odwrócił się na moment, spoglądając na Starego człowieka pogrążonego w smutku i rozważał, by skierować uwagę Laurenta na ten właśnie obraz. Ostatecznie jednak zrezygnował z tego pomysłu; zbyt wiele przykrości osiadło na ich barkach w związku z rozmową o tragicznym losie malarza. Potrzebowali pociechy - złotej jak płatki słoneczników.
— Wcale nie uważam pana za ignoranta — pokręcił głową z uśmiechem. A potem Laurent ujął jego ramię i poczuł, jak przez ciało przebiega dreszcz podobny do impulsu elektrycznego; tak właśnie mógłby określić to uczucie, gdyby pojmował w pełni pojęcie elektryczności. Miał wrażenie, jakby wszystkie mięśnie w jego ciele napięły się jednocześnie, a serce miało zaraz wyrwać się spomiędzy żeber. — Co jeszcze lubi pan oprócz słoneczników i towarzystwa dżentelmenów? — zapytał siląc się na naturalność i neutralność, ale podświadomie jego ton zahaczał o kokieterię.
Mając Prwetta u swojego boku, po raz pierwszy w życiu czuł się pogodzony z chorobą, która okradała go ze sprawności - stanowiła bowiem doskonałą wymówkę dla tego, że dwóch mężczyzn szło razem pod ramię w miejscu publicznym. I być może nie była to deklaracja uczuć, jakiej oczekiwał, ale nic więcej Perseus nie mógł mu w tamtej chwili dać.
Razem wkroczyli do sali pełnej Słoneczników. Odwrócił wzrok w jego stronę i spróbował ujrzeć kolor jego aury.
Rzucam na percepcję, podglądam aurę Laurenta
W rozważaniach Laurenta kryła się jednak pewna smutna prawda; jak pięknym nie wydawałoby się to, co między nimi kiełkowało, nie miało racji bytu. Na koniec dnia Perseus, pełen poczucia obowiązków i wyrzutów sumienia, wróci do niej, do ich wspólnego domu i będzie próbował zapomnieć o wszystkim, prosząc go o to samo. Zbyt późno przecięły się ich ścieżki, aby ta relacja miała rację bytu. Ale czy nawet wtedy, gdyby spotkali się we właściwym momencie, mogłoby urodzić się między nimi coś stałego, coś, co przetrwałoby próbę czasu i kłody rzucane pod ich nogi przez świat? Nie mógł mieć takiej pewności; on przecież nie umiał być szczęśliwy.
— Nie wiem, czy patrzyłby na to w ten sam sposób i myślał w tych samych kategoriach, co my. Zdaje mi się, że artyści, bez względu na rodzaj tworzonej przez siebie sztuki, stąpają na cienkiej granicy pomiędzy rozsądkiem, a delirium i nierzadko przekraczają ją z pełną świadomością — tu zrobił na moment przerwę, chcąc opowiedzieć mu o pewnym pacjencie, popularnym autorze książek, o których Laurent z pewnością słyszał, który inspirację ze swych książek czerpał z nawiedzających go wizji. Człowiek ten odmawiał przyjmowania leków, twierdząc, że odbierają mu inspirację do pisania. Ostatecznie udało się je w niego wmusić, przestał całkowicie tworzyć, jakby wraz z objawami choroby zniknęły jego chęci do tworzenia. Była to jednak zbyt smutna historia dla Laurenta o wystarczająco smutnych oczach, a poza tym Perseusa obejmowała tajemnica lekarska. — Ale... czytałem jego listy do brata i sądzę, że może mieć pan rację. Vincent był samotny, jak tylko samotny może być człowiek otoczony przez ludzi, pośród których nie ma ani jednego przyjaciela. To przecież gorsze niż izolacja, nieważne czy dobrowolna, czy narzucona. Coś takiego wyniszcza i sprawia, że człowiek — celowo unikał fachowego pojęcia jednostka, uznając je za zbyt... dehumanizujące w kontekście prowadzonej przez nich rozmowy — staje się łatwym celem dla tych, którzy tylko pragną go wykorzystać. Tak, panie Prewett; to niesprawiedliwe, że świat teraz żywi się jego sztuką, którą tak chętnie ignorowano za życia Van Gogha.
Ktoś kiedyś powiedział Perseusowi, że na największych dziełach odciśnięte zostało piętno emocji towarzyszących ich twórcom. Na początku nie bardzo to wierzył, ale z czasem zaczął dostrzegać uczucia w doborze kolorów, kształtach, czy wykorzystanych technikach. I mimo, że sama teoria sztuki była dla niego jak czarna magia (choć, było to raczej określenie nietrafne - matka wszak nauczyła go tego i owego), tak jej przekaz nie stanowił dla niego żadnych trudności. Być może dlatego, że nie był z góry narzucony.
Odwrócił się na moment, spoglądając na Starego człowieka pogrążonego w smutku i rozważał, by skierować uwagę Laurenta na ten właśnie obraz. Ostatecznie jednak zrezygnował z tego pomysłu; zbyt wiele przykrości osiadło na ich barkach w związku z rozmową o tragicznym losie malarza. Potrzebowali pociechy - złotej jak płatki słoneczników.
— Wcale nie uważam pana za ignoranta — pokręcił głową z uśmiechem. A potem Laurent ujął jego ramię i poczuł, jak przez ciało przebiega dreszcz podobny do impulsu elektrycznego; tak właśnie mógłby określić to uczucie, gdyby pojmował w pełni pojęcie elektryczności. Miał wrażenie, jakby wszystkie mięśnie w jego ciele napięły się jednocześnie, a serce miało zaraz wyrwać się spomiędzy żeber. — Co jeszcze lubi pan oprócz słoneczników i towarzystwa dżentelmenów? — zapytał siląc się na naturalność i neutralność, ale podświadomie jego ton zahaczał o kokieterię.
Mając Prwetta u swojego boku, po raz pierwszy w życiu czuł się pogodzony z chorobą, która okradała go ze sprawności - stanowiła bowiem doskonałą wymówkę dla tego, że dwóch mężczyzn szło razem pod ramię w miejscu publicznym. I być może nie była to deklaracja uczuć, jakiej oczekiwał, ale nic więcej Perseus nie mógł mu w tamtej chwili dać.
Razem wkroczyli do sali pełnej Słoneczników. Odwrócił wzrok w jego stronę i spróbował ujrzeć kolor jego aury.
Rzucam na percepcję, podglądam aurę Laurenta
Rzut PO 1d100 - 60
Sukces!
Sukces!
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory