Chyba tego właśnie potrzebowała: żeby ją ktoś przytulił i ścisnął, żeby te rozpadające się części jej psychiki, duszy i serca ponownie się skleiły ze sobą i nie stanowiły już odrębnego bytu. To była wizja ściskająca serce, prawda? Być tak młodym, mieć przed sobą całe życie i nagle żyć z poczuciem, że nawet jeśli nie zdarzy się jakiś nagły wypadek, to i tak… możliwe, że wszystko się zakończy. Ta ich rozmowa przy śniadaniu chyba nagle nabierała nowego wydźwięku, kiedy miało się przed oczami tę perspektywę; jej słowa o tym, że wcale nie wie, czy kiedykolwiek wyjdzie za mąż i tak dalej. Nic dziwnego, że niektórzy ludzie mieli obsesję na punkcie życia wiecznego czy wskrzeszania zmarłych – wizja utraty ukochanej osoby, z którą już nigdy więcej nie porozmawiasz, a tak bardzo chciałbyś usłyszeć, co ma do powiedzenia, albo żeby chociaż cię przytuliła, albo… niechby się uśmiechnęła. Niektórzy oddaliby za to wszystko. Nie dziwiło więc, że wrażliwy Laurent wyobraził sobie coś, co wcale nie było już tak nierealne i ścisnęło mu się serce. Victoria pewnie podobnie by zareagowała, gdyby zdała sobie sprawę, że nad Laurentem wisi podobna diagnoza. Poczuła łzę na policzku i to nie swoją, bo tym razem już nie płakała – a nie mówiła o tym gdy się widzieli ostatnim razem i jeszcze wcześniej, bo… nie wiedziała nawet, jak ma to powiedzieć. Ciągle to jeszcze wtedy trawiła. Wszystko zwaliło się na nią na raz; zerwanie więzi, uczucie pustki, odrzucenie od Sauriela, jego próba samobójcza (och, odczuła ten strach, który Laurent czuł w tej chwili), potem dowiedziała się, że umiera, a następnego dnia jej narzeczeństwo zostało zerwane i pokłóciła się z matką tak straszliwie… Za dużo. Za dużo na raz na jednej osobie, skumulowane w jednej chwili tak mocno, że nic dziwnego, że coś w niej pękło; że podjęła tę ostateczną decyzję o wyniesieniu się z domu, że zaczęła kombinować ze swoim stylem ubioru, że zaczęła testować się w spodniach i koszulach, których miała przecież od Rosiera tak dużo…
I ona objęła Laurenta, przygarniając go do siebie mocniej. Wplotła swoje smukłe palce w jego jasne włosy, głaszcząc go niespiesznym, uspokajającym ruchem. Nie skomentowała tego nijak… bo rozumiała ten strach, przecież też nie chciała go zostawiać. Były osoby, które można było zastąpić, a były też takie, których zastąpić się wcale nie dało, a Laurent był… w pewnym sensie drugą połową jej duszy. Albo po prostu duszą tak pokrewną, że wydawała się być z jednego miotu.
Pokiwała głową, wciąż w niego wtulona. Tak, uda się. Tak, dziękuję.
– Nie poddam – nie zamierzała. Miała jeszcze tyle do zrobienia, poddanie się oznaczałoby zgodę na to, by to wszystko tak po prostu się zakończyło. A nie zamierzała do tego dopuścić, nie.
Tak, teraz tutaj była. Jutro mogło jej tu nie być… Ale teraz była i chciała przeżyć to swoje życie, każdy dzień, jakby był tym ostatnim, by nie żałować… I tak by pewnie żałowała, że tak krótko; chciała zrobić tyle rzeczy, powiedzieć tyle słów odpowiednim ludziom, czuć, kochać, być kochaną. Nie, życie to nie bajka.
– Pójdziemy się napić? I zatańczyć? – odezwała się po jakimś czasie, gdy tak siedzieli na tej plaży. Wciąż nie padało… Może burza przejdzie bokiem?