Mogło się tak zdarzyć, że słyszała to raz czy dwa (ewentualnie jakieś pięćdziesiąt) na szkolnym korytarzu, ale albo zapomniała, albo całkowicie celowo postanowiła to zignorować, uznając to za głupią fanaberię, a nie faktyczne uczulenie. A znając Victorię, poprawną opcją była właśnie ta ostatnia.
Sprawa była o tyle poważniejsza, że choć Stanley był poszukiwany i treść tego listu nie brzmiała w żadnej mierze groźnie, to Victoria potrafiła dodać dwa do dwóch. Borgin po spotkaniu z Moody wyparował i więcej się w pracy nie raczył pojawić, wystawili za nim list, zaś on nie miał żadnego nagłego wypadku, który uniemożliwiłby mu przychodzenie do pracy… dodać do tego, że Victoria doskonale wiedziała, co oznaczał tatuaż na przedramieniu Sauriela, wiedziała, kto jest jego najlepszym kumplem… co do Stanleya nie miała pewności, ledwie przypuszczenia i jakoś tak… sytuacja składała się w pełen obraz dużo bardziej poważnej sprawy niż z początku mogłoby się wydawać. Zauważyła to nagle napięcie Borgina, ale uśmiechnęła się niewinnie.
– A nie myślałeś… nie wiem, żeby teleportować się na jakieś kompletnie losowe zadupie i wysłać stamtąd sowę z wypowiedzeniem? Może chociaż koledzy by się nie martwili, że coś ci się stało – ciągnęła ten temat widząc w jaką niezręczność wprawia Stanleya, ku własnej uciesze.
– Ciekawe że zwróciłeś uwagę akurat na oczywistość związaną z mieszaniem, a nie na ilość potężnych składników magicznych skondensowanych w jedno – zaśmiała się, bo te składniki magiczne… czasami ich potencjał trzeba było wygotować, niektóre eliksiry wszak tworzyło się całe tygodnie, a nie kilka chwil, a czasami składnikiem było też zaklęcie… to była bardzo delikatna sztuka, ale jakże fascynująca. Edyta w obraz ludzkości tak mocno, że mugole myśląc o czarownicach wyobrażali sobie kobietę z wielkim garem, warzącą eliksiry, posiadaczkę czarnego kota… i wszystko się zgadzało, oprócz tego że Victoria nie była stara, pomarszczona ani nie miała brodawki na nosie.
– Okej – tym lepiej, bo nie będzie musiała rezygnować z któregoś składnika. – No… zazwyczaj celem trucizny jest zaszkodzić organizmowi. Takie jest ich przeznaczenie. Ale ja nie będę ci przecież robić trucizny – uniosła wyżej jedną brew i spojrzała na Stanleya powątpiewająco, po czym kątem oka spojrzała na Lunę. Kwiatuszek nadal siedział w przejściu, ale ewidentnie patrzył też na małego ciekawskiego kociaka. – To tylko takie powiedzenie, Stanley. Chodzi o to, że moja rodzina zajmuje się tym od pokoleń – tak jak twoja różnymi niebezpiecznymi przedmiotami – nie dodała tego jednak na głos.
– Trochę boję… ale nie zostawiłabym ich przecież samych. Kwiatuszek jest spokojniejszy… ale możesz mieć oko na Lunę? Ma dopiero niecałe trzy miesiące i ma zdecydowanie za dużo energii jak na tak małe ciałko, pewnie będzie próbowała się gdzieś wspiąć, albo coś niechcący popchnie… – z czułością patrzyła na malutkiego czarnego kotka, który właśnie próbował dokonać tego, o czym mówiła: wskoczyć na półkę i aż zapiszczała z podekscytowania.
– Tak, tak, powinno… zobaczymy jak wyjdzie, bo nie chce przesadzić – i mówiąc to odkorkowala jeden z pojemników, przesyłała sobie część jego zawartości na stół, zrobiła tak też z kilkoma innymi. Część posiekała, część rozgniotła brzegiem noża, część zmiażdżyła w moździerzu. Dolała wody do kociołka i podgrzała go magicznie, po czym zaczęła systematycznie dodawać składniki i mieszać. Mruczała przy tym do siebie rzeczy w stylu “dwie garści”, “trzy krople”, odliczała obroty łyżką by zamieszać miksturę. Zapach w pomieszczeniu zmieniał się sukcesywnie, teraz był dużo ostrzejszy, niż na początku, gdy po prostu tutaj weszli. Victoria kilka razy musiała podejść do którejś z szafek czy regałów, by coś stamtąd wyciągnąć, dosypać, dolać… po ostatniej takiej podróży mikstura zmieniła kolor z brunatno-mętnej w ostry kobaltowy kolor. I pachniało dziwnie… coś jak… jak magiczny domestos. Oczywiście Stanley mógł sobie chodzić po pomieszczeniu, zaglądać jej na półki, czy do kociołka, chociaż jeśli nachylił się nad nim zbyt mocno, to Victoria stanowczym ruchem by go odsunęła, mówiąc żeby uważał.
Ostatecznie jej dzieło przyjęło konsystencję nieco lepiącą się, na wpół lejącą, na wpół żelową. Całość.. zajęła dobrą godzinę i nawet Kwiatuszek ośmielił się wejść do środka i zająć jeden z foteli, na którym ułożył się w kłębek, ale ciągle czuwał. Luna… Luna dawała popalić i była przy tym rzecz jasna piekielnie słodka.
– No… gotowe – skwitowała po czym zgasiła ogień pod kociołkiem. – Zrobimy tak… ja ci to przeleję, żeby było wygodniej i pójdziemy na górę i sobie wyszorujesz tym zęby w łazience, zgoda? Chcę wiedzieć czy podziałało, czy musi być mocniejsze – i mówiąc to, machnęła różdżką, żeby zakląć chochlę, ta zaś nabrała eliksiro-pasty i przelała ją precyzyjnie do przezroczystej fiolki, po czym Victoria wręczyła ją Stanleyowi. – Wyszoruj tym zęby, nie przepłukuj przez pięć minut i kategorycznie tego nie połykaj, dobrze? – miała nadzieję, że wyraziła się bardzo dokładnie… – Po pięciu minutach przepłucz dokładnie wodą – łazienek miała dwie, jedna była na parterze i to tam zaprosiła Stacha.