15.06.2024, 22:13 ✶
Zamarłem. Szkoda, że nie zmarłem. Flynn wykrzyczał to, czego się obawiałem, o czym starałem się nie myśleć, ale nie chciałem się z tym zgadzać, nie mogłem się z tym zgadzać, bo ten człowiek, którego kochałem, stał przede mną. Nie był moim urojeniem, tylko Flynnem, nieśmiałym i zagubionym chłopakiem, który był pogubiony aż zanadto, bardziej niż mógłbym zakładać. Czy mogłem więc kochać urojenie? Własną wizję? Człowieka, któremu nieumiejętnie doszyłem łatki wedle własnego widzimisię i teraz, cóż, się rozpadał przed moimi oczami? Nie, to nie mogło tak być. Nie mogło tak być. Nie zgadzałem się z tym. Kochałem jego, a nie urojenie. Nie byłbym aż tak popieprzony by wymyślać sobie coś tak chorego...? ...ale zawsze też trwałem w świadomości, że każdy w cyrku miał swojego problemu, każdy dzieciak, sierota, którego przygarnęliśmy, w tym ja. Też byłem porzucony. Nawet dwa razy, wpierw przez rodziców, potem przez Flynna... Na domiar złego, straciłem również Tullyego. Niedobrze...
Wyprostowałem się. Nie zamierzałem dać się stłamsić słowom Flynna czy też własnym obawom. Wiele zmiennych brałem pod uwagę, wiele sytuacji, przeróżnych scenariuszy, ale ten, w którym kochałbym urojenie Flynna, odrzucałem. Uparcie odrzucałem. Był zbyt... Flynn był jaki był, ale kochałem go, nie wymyślałem sobie niczego. Zdawałem sobie sprawę, że dorósł i nie był już tym dzieciakiem, w którym miałem brata. Dorósł, wyostrzył mu się charakter, nabył doświadczenia, gdzieś tam się pogubił, ale to wciąż był on i... za bardzo ujadał. Już od dawna wchodził mi na głowę, a ja stąpałem na palcach, żeby go nie zrazić do siebie, ale najwyraźniej zbyt długo byłem pobłażliwy. Teraz pogrywał sobie z moim sercem, używając mocnych, brutalnych słów. To co, że wyznawał mi miłość, skoro jednocześnie bił mnie po twarzy tymi wyznaniami? Tego było za wiele.
Cofnąłem się o krok, drugi. Wyszarpnąłem odzienie z jego uścisków. Miałem ochotę zrobić coś innego, coś bardziej intensywniejszego i dosadniejszego, jak też słowa Flynna, ale powstrzymałem się. To co, że dłoń sama się szykowała ku temu, żeby go uciszyć. Nie byłem w stanie. Obiecałem sobie, że nigdy więcej go nie uderzę, niezależnie od sytuacji, więc miałem na myśli również tę sytuację. Wziąłem jedynie głęboki wdech by odetchnąć, nabrać dystansu.
- Wyjdź - zacząłem krótko. Pomyślałem sobie, Wyjdź i przemyśl swój ton, swoje emocje, swoje postępowanie, ale nie zamierzałem być dla niego miękki, taki, że pięć minut czy coś. Poza tym nie chciałem go uderzyć. Potrzebowałem się wyciszyć. Starałem się nie myśleć o tych wszystkich osobach, z którymi się pieprzył, ale było ich więcej, z pewnością więcej niż wiedziałem... Więcej niż ja... aktualnie, tak aktualnie więcej niż ja i Raziel nawet. Bo jeszcze on. Nawet ON. Miałem wrażenie, że Flynn wbił mi jeden z tych swoich sztyletów w serce, ale to było akurat urojenie, takie tylko (albo aż) wrażenie, paskudne uczucie bólu i zdrady, które chciałem zatuszować ciosem? Takim świstem. I krwią. Nie czułem krwi. Wolałbym już krwawić niż słyszeć, że Flynn mnie zdradzał i to z tak perfidnymi ludźmi.
- Wyjdź* - powtórzyłem z uniesioną głową. Ja z kolei chętnie unikałbym kontaktu wzrokowego, ale teraz musiałem być silniejszy, silniejszy od nas dwojga, inaczej znowu się rozkleję. Nie zamierzałem sobie na to pozwolić po tym, co miałem okazje usłyszeć. - Przemyślę sobie, czy jeszcze ciebie chcę - dodałem ostro i wskazałem mu drzwi wozu.
*jedziemy na ostro - KOKIETERIA I DOWODZENIE II
Wyprostowałem się. Nie zamierzałem dać się stłamsić słowom Flynna czy też własnym obawom. Wiele zmiennych brałem pod uwagę, wiele sytuacji, przeróżnych scenariuszy, ale ten, w którym kochałbym urojenie Flynna, odrzucałem. Uparcie odrzucałem. Był zbyt... Flynn był jaki był, ale kochałem go, nie wymyślałem sobie niczego. Zdawałem sobie sprawę, że dorósł i nie był już tym dzieciakiem, w którym miałem brata. Dorósł, wyostrzył mu się charakter, nabył doświadczenia, gdzieś tam się pogubił, ale to wciąż był on i... za bardzo ujadał. Już od dawna wchodził mi na głowę, a ja stąpałem na palcach, żeby go nie zrazić do siebie, ale najwyraźniej zbyt długo byłem pobłażliwy. Teraz pogrywał sobie z moim sercem, używając mocnych, brutalnych słów. To co, że wyznawał mi miłość, skoro jednocześnie bił mnie po twarzy tymi wyznaniami? Tego było za wiele.
Cofnąłem się o krok, drugi. Wyszarpnąłem odzienie z jego uścisków. Miałem ochotę zrobić coś innego, coś bardziej intensywniejszego i dosadniejszego, jak też słowa Flynna, ale powstrzymałem się. To co, że dłoń sama się szykowała ku temu, żeby go uciszyć. Nie byłem w stanie. Obiecałem sobie, że nigdy więcej go nie uderzę, niezależnie od sytuacji, więc miałem na myśli również tę sytuację. Wziąłem jedynie głęboki wdech by odetchnąć, nabrać dystansu.
- Wyjdź - zacząłem krótko. Pomyślałem sobie, Wyjdź i przemyśl swój ton, swoje emocje, swoje postępowanie, ale nie zamierzałem być dla niego miękki, taki, że pięć minut czy coś. Poza tym nie chciałem go uderzyć. Potrzebowałem się wyciszyć. Starałem się nie myśleć o tych wszystkich osobach, z którymi się pieprzył, ale było ich więcej, z pewnością więcej niż wiedziałem... Więcej niż ja... aktualnie, tak aktualnie więcej niż ja i Raziel nawet. Bo jeszcze on. Nawet ON. Miałem wrażenie, że Flynn wbił mi jeden z tych swoich sztyletów w serce, ale to było akurat urojenie, takie tylko (albo aż) wrażenie, paskudne uczucie bólu i zdrady, które chciałem zatuszować ciosem? Takim świstem. I krwią. Nie czułem krwi. Wolałbym już krwawić niż słyszeć, że Flynn mnie zdradzał i to z tak perfidnymi ludźmi.
- Wyjdź* - powtórzyłem z uniesioną głową. Ja z kolei chętnie unikałbym kontaktu wzrokowego, ale teraz musiałem być silniejszy, silniejszy od nas dwojga, inaczej znowu się rozkleję. Nie zamierzałem sobie na to pozwolić po tym, co miałem okazje usłyszeć. - Przemyślę sobie, czy jeszcze ciebie chcę - dodałem ostro i wskazałem mu drzwi wozu.
*jedziemy na ostro - KOKIETERIA I DOWODZENIE II