16.06.2024, 01:54 ✶
Gdyby się nad tym zastanowić, to w gruncie rzeczy żaden moment nie był w pełni odpowiedni - zawsze musiało istnieć coś, musiał pojawić się jakiś zupełnie błahy i nieważny z perspektywy czasu czynnik, który w tamtym momencie wydawał się przeszkodą nie do ominięcia, pokojem bez wyjścia. To jak długie rozmyślania pod prysznicem, kiedy przywołuje się sprzeczkę z poranka i do głowy przychodzą wszystkie cięte riposty, jakimi mogło się uraczyć oponenta; któregoś dnia, kiedy twoje dzieci już dawno są dorosłe i opuściły rodzinne gniazdo, jesz z żoną obiad w milczeniu, a niezręczną ciszę pomiędzy wami przerywa jedynie tykanie starego zegara oraz dźwięk sztućców odbijających się od porcelany, aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie, w twojej głowie pojawia się myśl, że gdybyś dwadzieścia lat wcześniej miał w sobie więcej odwagi, by mówić otwarcie o swoich uczuciach i wyznał tamtemu chłopakowi prawdę, być może koleje twojego losu potoczyłyby się inaczej. Ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłeś - i został ci po tym tylko żal, wieczna tęsknota za tym, czego nie ma, a być mogło i obiad jedzony w ciszy z kobietą równie rozgoryczoną, co ty.
Gdyby, gdyby, gdyby... Sam zapalczywie powtarzał swoim pacjentom, aby skupiali się na teraz, a nie gdyby, że to nigdy nie prowadzi do niczego dobrego, a jedynie ściąga na człowieka udrękę. Ustaliliśmy już jednak, że Perseus Black był hipokrytą i jak na osobę żyjącą niezgodnie z głoszonymi przez siebie ideałami, postępował dokładnie na opak.
— Czasem wolałbym nim nie być — uśmiechnął się smutno, kiedy wyznanie wyrwało się z jego ust zanim zdążył zastanowić się nad ciężarem swoich słów. W następnej sekundzie starał się wymyślić coś, dzięki czemu mógłby obrócić to zwierzenie w żart, nadać mu lekkości i być może lekkiej infantylności, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Perseus bowiem odczuwał ogromną ulgę i dumę z tego, że po raz pierwszy od dawna udało mu się być szczerym ze samym sobą.
Nie mógł nie dostrzec tego filuternego uśmiechu pełnego zadowolenia kołyszącego się na wargach Laurenta (dlaczego, Matko, bogini moja, wodzisz mnie na pokuszenie, dając temu młodzieńcowi usta, za którymi tęskną moje?, kotłowało się w jego czaszce, dlaczego dajesz mu błękit oczu, którego desperacko szukam w bezchmurnym niebie i skórę tak miękką, że leżąc samotnie podczas bezsennych nocy, wyobrażam sobie że satyna pościeli jest tak naprawdę nim, a jego jasne włosy rozsypały się na poduszce obok mojej głowy?), dlatego odwrócił znów wzrok; skruszony i pokonany, udając, że zaintrygował go mijany właśnie obraz, choć znał go na pamięć w każdym detalu, jakby sam siedział obok Van Gogha i kierował jego rozedrganą dłonią.
— Nie — odparł szybko — Nigdy nie śmiałbym ściągać żadnego ducha z zaświatów; zwłaszcza takiego, który odebrał sobie życie z własnej ręki. To jak plucie na czyjąś mogiłę, nie uważa pan? Różnica polega na tym, że kamień nagrobny nie ma uczuć i może trwać tak nadal, niewzruszony.
Chciał powiedzieć coś jeszcze - może zapytać o Victorię (wiedział przecież, że się znali; podczas bankietów, tych nudnych spotkań czystokrwistych czarodziejów, w czasie których myślał tylko o tym, kiedy wróci do domu, widział jak kilka razy ze sobą rozmawiają i odniósł wrażenie, że są ze sobą dość blisko) i o Limbo, ale speszyła go surowość w spojrzeniu tej nieznajomej starszej kobiety. I nie chodziło tutaj o to, że szedł pod rękę z mężczyzną - nie widział wszakże w tym nic zdrożnego - lecz o wrażenie, że ona wie, że w domu czeka na Perseusa narzeczona. Że wróci do ich wspólnego mieszkania, pocałuje ją i jak gdyby nigdy nic zacznie opowiadać o słonecznikach i Van Goghu, zgrabnie pomijając w tej historii postać Laurenta lub umniejszając jego udział i czyniąc z niego zaledwie postać epizodyczną. Tłumaczył się przed samym sobą, że nie robił tego ze złej woli - Vespera była w ciąży, a on nie chciał jej denerwować rozmową o człowieku, którego jej znajomi próbowali skrzywdzić. Którym sama być może gardziła.
— Nie mogę tego panu obiecać — odparł tym samym, enigmatycznym tonem. Kiwał głową, notując w pamięci każdy szczegół, nie tylko słowa, jakie wypowiadał; Laurent patrzył na obrazy, a Perseus patrzył na niego, na linię żuchwy i perłę kołyszącą się przy uchu, różowe policzki i usta, prosty nos, ten łagodny, a zarazem wyrazisty łuk brwiowy, idealnie ułożone jasne włosy (zupełnym tylko przypadkiem długie na tyle, by można było wsunąć w nie palce) i na wpół przymknięte powieki. — A czy jest coś, czego pan nie lubi?
Mijali słoneczniki z Paryża; kilka ściętych, pozornie niedbale złożonych kwiatów na stole, przekwitniętych, z popielatymi nasionami gotowymi do zjedzenia. Musiał przyznać, że nie budziły w nim żadnych większych emocji; na pewno nie tak intensywnych, jak te z Arles. Zwolnił więc krok, kiedy znaleźli się obok nich.
Gdyby, gdyby, gdyby... Sam zapalczywie powtarzał swoim pacjentom, aby skupiali się na teraz, a nie gdyby, że to nigdy nie prowadzi do niczego dobrego, a jedynie ściąga na człowieka udrękę. Ustaliliśmy już jednak, że Perseus Black był hipokrytą i jak na osobę żyjącą niezgodnie z głoszonymi przez siebie ideałami, postępował dokładnie na opak.
— Czasem wolałbym nim nie być — uśmiechnął się smutno, kiedy wyznanie wyrwało się z jego ust zanim zdążył zastanowić się nad ciężarem swoich słów. W następnej sekundzie starał się wymyślić coś, dzięki czemu mógłby obrócić to zwierzenie w żart, nadać mu lekkości i być może lekkiej infantylności, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Perseus bowiem odczuwał ogromną ulgę i dumę z tego, że po raz pierwszy od dawna udało mu się być szczerym ze samym sobą.
Nie mógł nie dostrzec tego filuternego uśmiechu pełnego zadowolenia kołyszącego się na wargach Laurenta (dlaczego, Matko, bogini moja, wodzisz mnie na pokuszenie, dając temu młodzieńcowi usta, za którymi tęskną moje?, kotłowało się w jego czaszce, dlaczego dajesz mu błękit oczu, którego desperacko szukam w bezchmurnym niebie i skórę tak miękką, że leżąc samotnie podczas bezsennych nocy, wyobrażam sobie że satyna pościeli jest tak naprawdę nim, a jego jasne włosy rozsypały się na poduszce obok mojej głowy?), dlatego odwrócił znów wzrok; skruszony i pokonany, udając, że zaintrygował go mijany właśnie obraz, choć znał go na pamięć w każdym detalu, jakby sam siedział obok Van Gogha i kierował jego rozedrganą dłonią.
— Nie — odparł szybko — Nigdy nie śmiałbym ściągać żadnego ducha z zaświatów; zwłaszcza takiego, który odebrał sobie życie z własnej ręki. To jak plucie na czyjąś mogiłę, nie uważa pan? Różnica polega na tym, że kamień nagrobny nie ma uczuć i może trwać tak nadal, niewzruszony.
Chciał powiedzieć coś jeszcze - może zapytać o Victorię (wiedział przecież, że się znali; podczas bankietów, tych nudnych spotkań czystokrwistych czarodziejów, w czasie których myślał tylko o tym, kiedy wróci do domu, widział jak kilka razy ze sobą rozmawiają i odniósł wrażenie, że są ze sobą dość blisko) i o Limbo, ale speszyła go surowość w spojrzeniu tej nieznajomej starszej kobiety. I nie chodziło tutaj o to, że szedł pod rękę z mężczyzną - nie widział wszakże w tym nic zdrożnego - lecz o wrażenie, że ona wie, że w domu czeka na Perseusa narzeczona. Że wróci do ich wspólnego mieszkania, pocałuje ją i jak gdyby nigdy nic zacznie opowiadać o słonecznikach i Van Goghu, zgrabnie pomijając w tej historii postać Laurenta lub umniejszając jego udział i czyniąc z niego zaledwie postać epizodyczną. Tłumaczył się przed samym sobą, że nie robił tego ze złej woli - Vespera była w ciąży, a on nie chciał jej denerwować rozmową o człowieku, którego jej znajomi próbowali skrzywdzić. Którym sama być może gardziła.
— Nie mogę tego panu obiecać — odparł tym samym, enigmatycznym tonem. Kiwał głową, notując w pamięci każdy szczegół, nie tylko słowa, jakie wypowiadał; Laurent patrzył na obrazy, a Perseus patrzył na niego, na linię żuchwy i perłę kołyszącą się przy uchu, różowe policzki i usta, prosty nos, ten łagodny, a zarazem wyrazisty łuk brwiowy, idealnie ułożone jasne włosy (zupełnym tylko przypadkiem długie na tyle, by można było wsunąć w nie palce) i na wpół przymknięte powieki. — A czy jest coś, czego pan nie lubi?
Mijali słoneczniki z Paryża; kilka ściętych, pozornie niedbale złożonych kwiatów na stole, przekwitniętych, z popielatymi nasionami gotowymi do zjedzenia. Musiał przyznać, że nie budziły w nim żadnych większych emocji; na pewno nie tak intensywnych, jak te z Arles. Zwolnił więc krok, kiedy znaleźli się obok nich.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory