Geraldine siedziała sobie przy stoliku i piła piwo. Jej nowy kolega Lucky Luke gdzieś uciekł, została więc sama ze swoim nowym życiowym towarzyszem. Cukier, psidwak którego sobie przywłaszczyła okazał się być wspaniałym kompanem. Nie zastanawiała się szczególnie nad tym, co czuła dziewczynka, która go zgubiła, średnio ją to obchodziło. Lepiej dla tego zwierzaka, że znalazł sobie właściciela, który będzie potrafił o niego zadbać - przynajmniej w ten sposób tłumaczyła sobie swoje zachowanie, a że była zmęczona, nie do końca była sobą, to skorzystała z okazji. Pierodła na pewno ucieszy się z towarzystwa, nie będzie się sam nudził w domu. Dwa psy, czy tam jeden - żadna różnica. Będzie musiała poinformować Triss o tym, żeby przysyłała im więcej jedzenia dla psów. Skrzatka dbała o to, aby u niej w domu nikt nie był głodny. Miała szczęście, że tak chętnie o nich dbała.
Może Cukier nie odpowiadał na jej żadne pytania, jednak siedział z nią przy tym stole, jakby znali się od lat. Jak na to, co przeżyła na tym statku było to naprawdę oczyszczające. Głaskała psa i piła przy tym zimne piwko, nie myślała o wszystkich problemach, które ostatnio ją przygniatały. Było jak dawniej, jak wtedy kiedy faktycznie była szczęśliwa. Jej myśli zaczęły wędrować ku tym sabatom, które pamiętała. Bardzo często pojawiała się w tym miejscu ze swoim bratem bliźniakiem, to już nigdy nie wróci, okazało się bowiem, że sprawy nieco skomplikowały.
Wczoraj dowiedziała się, że nie ma dla niej przyszłości, że ona nie istnieje. Było to nieco wstrząsające, bo nawet obojętna i odważna jak sam skurwysyn Geraldine przejęła się tymi słowami. Przytuliła mocniej psa do siebie, bała się. Cholernie bała się, że to jeden z jej ostatnich sabatów, że nigdy więcej nie pojawi się na podobnym wydarzeniu, że ludzie o niej zapomną. Było to przecież prawdopodobne. Nie miała pojęcia, jak ogarnąć ten temat, znaczy zaczęła pytać znajomych, byli chętni do pomocy, ale co jeśli nie zdąży o czasie wszystkiego załatwić. Jeśli nie ustali informacji przed tym, jak to coś, co na nią polowało ją zabije.
Sięgnęła po papierosa i wsadziła go sobie w usta. Chciała przestać o tym myśleć, korzystać z tego dnia, święta. To jednak wcale nie było takie łatwe. Te myśli ciągle ją nawiedzały. Do tego wszystkiego w tłumie nie znalazła żadnej znajomej twarzy, czuła się więc okropnie samotna. Pozostawiona sama sobie. Dobrze, że znalazła tego psa, który był tak przyjemnie ciepły, gdy siedział na jej kolanach. Troski uciekły chociaż na chwilę, gdy go głaskała.
Dopaliła papierosa i dopiła piwo, rozejrzała się jeszcze po okolicy. Nadal nie widziała nikogo znajomego. Może był to znak, że nic tu po niej, że może powinna zmyć się z tego miejsca i udać do domu, żeby trochę odetchnąć. Rzadko kiedy wybierała taką opcję. Nie lubiła siedzieć w domu, bo w domu przecież umierali ludzie, a ona chciała żyć.
Wreszcie wstała od stolika, postanowiła się przejść jeszcze po okolicy z psem, chociaż nie chciała spędzić tutaj zbyt wiele czasu. W końcu wyszła z terenu sabatu, aby wreszcie teleportować się do swojego mieszkania. - Słońce, to może być niezbyt przyjemne, ale w ten sposób znajdziemy się tam najszybciej, przedstawię ci twojego nowego braciszka, i nowy dom. - Powiedziała jeszcze do psidwaka nim się deportowała.