16.06.2024, 13:23 ✶
Miałem wrażenie, że to już jebany koniec Hadesa McKinnona. Już nawet nie chodziło o to, że zwalenie się na płytki Atrium Ministerstwa Magii zaparło dech w mojej piersi na porządną minutę, a nawet ich dwie. To nawet, tak szczerze powiedziawszy, to ja bym wrzucił w kategorię codziennych spraw i odczuć Hadesa McKinnona. Gorzej było z tymi stopami, bo bolało, a każdy dodatkowy ruch bolał bardziej. Teraz to mnie wręcz zalała biała fala bólu. Biała albo czerwona - nie wnikałem. Mogła być nawet kurewsko czarna. Bolało jak skurwysyn, tak bardzo, że obstawiałem, że to właśnie ten jebany koniec. Nie mogło być inaczej. Z minuty bezdechu zrobiły się co najmniej trzy. Trwało to bynajmniej zdecydowanie zbyt długo.
Już nawet satysfakcja z tego, że Atreus był wybitnie zaskoczony moim pchnięciem, nie mogła zmazać cierpienia z mojej twarzy. Głupi uśmieszek zwycięstwa się na niej nie pojawił, ale za to można było zaobserwować liczne krople potu wstępujące na moje czoło. W końcu odetchnąłem powietrzem, sycząc przeciągle, bo zaciskałem zęby z całej siły, jak gdyby to mogło cokolwiek pomóc. Mało tego, nie byłem w stanie nawet zareagować fizycznie na wstrętne wspominanie dobrego imienia mojej małżonki. A należało mu się po mordzie, należało jak diabli.
- Pocze-kaj, tylko dojdę do siebie... Ode-chce ci się wspo-minania mojej żo-ny - wysyczałem, nieco unosząc głowę by go namierzyć wzrokiem, by wiedział, że sobie nie żartowałem, że był już skreślony, a właściwie wpisany do mojego dzienniczka do obtłuczenia. Zaraz jednak padłem głową na zimne płytki atrium. Zdawały się być takie super, takie super zimne w porównaniu z tym, co właśnie miałem okazję czuć. Nie wiem, czy jakiś wielki czarodziej umarł, bo się wykrwawił przez stopy, ale możliwe, że miałem być pierwszy.
Zamknąłem oczy. Zamknąłem oczy i po prostu starałem się o tym nie myśleć. Nie było tu tego fajfusa, byłem w jebanym Ministerstwie Magii, więc może ktoś się łaskawie ruszy do pomocy, więc nic nie musiałem, tylko sobie płynąć, odpływać może trochę... Rzygnąłbym sobie najchętniej, ale nie zamierzałem tego sobie robić. Może potem Atreusowi do pierwszego śniadania. Czy tam obiadu, tak. Wcale mnie tu teraz nie było, nie bolało, nie było mi słabo i żaden trzmiel nie napierdalał mi nade mną, że jest zwykłą mendą.
Niestety, czułem jak krew spływała ze mnie, jak zimne płytki stykały się z moimi piętami, jak całe stopy mi pulsowały, zdecydowanie zakrwawione - co widziałem - i opuchnięte - co czułem. Nie byłem mistrzem rzucania zaklęć, ale kusiło mnie by wykształtować na nich może jakąś warstwę ochronną? Gluta, z którego potem zrobię pudding dla Bulstrode’a.
- Od kiedy, kurwa, teleportuje się innych w trakcie ruchu?!?!?! - zapytałem go rozzłoszczony, ale na taki słaby sposób. Już nawet nie ruszałem łba. Debili przyjmowali na aurorów. A jeszcze żal, że Alexander nie dostał po ryju raz drugi... Ładnie, tak do twarzy było mu z krwawieniem z nosa i z sińcami.
Już nawet satysfakcja z tego, że Atreus był wybitnie zaskoczony moim pchnięciem, nie mogła zmazać cierpienia z mojej twarzy. Głupi uśmieszek zwycięstwa się na niej nie pojawił, ale za to można było zaobserwować liczne krople potu wstępujące na moje czoło. W końcu odetchnąłem powietrzem, sycząc przeciągle, bo zaciskałem zęby z całej siły, jak gdyby to mogło cokolwiek pomóc. Mało tego, nie byłem w stanie nawet zareagować fizycznie na wstrętne wspominanie dobrego imienia mojej małżonki. A należało mu się po mordzie, należało jak diabli.
- Pocze-kaj, tylko dojdę do siebie... Ode-chce ci się wspo-minania mojej żo-ny - wysyczałem, nieco unosząc głowę by go namierzyć wzrokiem, by wiedział, że sobie nie żartowałem, że był już skreślony, a właściwie wpisany do mojego dzienniczka do obtłuczenia. Zaraz jednak padłem głową na zimne płytki atrium. Zdawały się być takie super, takie super zimne w porównaniu z tym, co właśnie miałem okazję czuć. Nie wiem, czy jakiś wielki czarodziej umarł, bo się wykrwawił przez stopy, ale możliwe, że miałem być pierwszy.
Zamknąłem oczy. Zamknąłem oczy i po prostu starałem się o tym nie myśleć. Nie było tu tego fajfusa, byłem w jebanym Ministerstwie Magii, więc może ktoś się łaskawie ruszy do pomocy, więc nic nie musiałem, tylko sobie płynąć, odpływać może trochę... Rzygnąłbym sobie najchętniej, ale nie zamierzałem tego sobie robić. Może potem Atreusowi do pierwszego śniadania. Czy tam obiadu, tak. Wcale mnie tu teraz nie było, nie bolało, nie było mi słabo i żaden trzmiel nie napierdalał mi nade mną, że jest zwykłą mendą.
Niestety, czułem jak krew spływała ze mnie, jak zimne płytki stykały się z moimi piętami, jak całe stopy mi pulsowały, zdecydowanie zakrwawione - co widziałem - i opuchnięte - co czułem. Nie byłem mistrzem rzucania zaklęć, ale kusiło mnie by wykształtować na nich może jakąś warstwę ochronną? Gluta, z którego potem zrobię pudding dla Bulstrode’a.
- Od kiedy, kurwa, teleportuje się innych w trakcie ruchu?!?!?! - zapytałem go rozzłoszczony, ale na taki słaby sposób. Już nawet nie ruszałem łba. Debili przyjmowali na aurorów. A jeszcze żal, że Alexander nie dostał po ryju raz drugi... Ładnie, tak do twarzy było mu z krwawieniem z nosa i z sińcami.