16.06.2024, 17:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.06.2024, 19:03 przez Annaleigh Dolohov.)
Maski które miały na sobie chroniły ich wnętrza, które wcale zapewne nie były tak silne, jak starały się utrzymywać. Bo kim była Annie za swoją tarczą spokoju i chłodnej uprzejmości? Jak bardzo czuła się czasem zagubiona w świecie, w którym nie wszystko mogło być logiczne, nawet ona. W którym zrozumienie innych było tak tragicznie trudne.
Co prawda takie ciągłe oszukiwanie sprawiło, że coraz trudniej było wpuścić kogokolwiek za własne mury, które tak skrzętnie się budowało. Annie nie wiedziała, czy istnieje osoba, która mogłaby przejść spokojnie przez jej fortece dostając się do jej prawdziwego ja. Czymkolwiek ono było, bo sama czasem już nie wiedziała. W końcu oszukiwała powoli nawet samą siebie, choć tego tak bardzo nienawidziła.
Nic więc dziwnego, że Ambrosia również nie mogła za dużo dojrzeć. Ale to nic złego. Tak było bezpieczniej.
A to uczucie Annie niezwykle ceniła. Nawet jeśli właśnie wepchała się w sam środek konfliktu, stając się jego żołnierzem. Miała w końcu nadzieję, że zapewni jej to spokój, gdy kurz opadnie, a ona będzie wśród tych na szczycie.
Cierpliwie czekała, aż krzesełko ustanie, wiedząc, że to w końcu nastąpi. A potem znów się uśmiechnęła, gdy zyskała potwierdzenie co do stanu zdrowia McKinnonów.
- Cieszę się w takim razie - odparła. Nie wnikała czy ktoś czegoś przed nią nie ukrywał. Wierzyła, że w tym wypadku dla swojego dobra pacjent mówił prawdę.
Pokiwała głową, gdy Ambrosia podsumowała swoje uczucia względem aktualnego okresu, zapewne widząc go w zupełnie innych barwach. Okres przejścia bardziej oznaczał dla niej wybicie z rytmu i dodatkowe prace, jak zbliżający się na przykład remanent, aczkolwiek nie mogła mu ując swoistej nietypowości.
Przygotowywał ich do kolejnego cyklu, który znów miały nakreślić przyjęcia, Sabaty i cykliczne wydarzenia społeczne. A także kolejne dni w pracy.
Tym razem rozszarpane przez nowy cel. Który zapewne mógł sporo namieszać w jej dotychczasowym życiu.
- Chętnie próbuję nowych smaków. Następnym razem, gdy przyjdę zbadać twoją matkę mam nadzieję, że jednym z naparów mnie uraczysz.
Mieszankę herbaty zapakowała w opisaną chwilę wcześniej papierową torebkę na leki i położyła tuż przy reszcie fiolek. Następnie zaparzony już napar w imbryczku zalała do dwóch filiżanek, jedną z nich lewitując tuż przed Ambrosie. Drugą wzięła w prawą rękę, lewą trzymając spodeczek i usiadła ponownie w swoim fotelu.
Tym razem towarzyszył jej inny uśmiech, ostrzejszy i jakby szczerze rozbawiony.
- W twoich słowach kryje się wielka mądrość. Najważniejsze jest w tych czasach myśleć o sobie i swoich bliskich i o tym, kto może dać nam najwięcej. A kto nas pogrąży. - Upiła łyk gorącego naparu, myśląc przez chwilę o wszystkim, co do tej pory dokonała na rozkaz śmierciożerców. Prawdopodobnie będzie musiała poświęcić swoje człowieczeństwo, ba już to robiła, w ramach możliwości zagwarantowania sobie i swoim krewnym najlepszej możliwej przyszłości. I miała nadzieję, że nie popełniła błędu. - Czasami możemy mieć wrażenie, że ktoś coś zrobi za nas, ale tak świat nie funkcjonuje. Należy wziąć los we własne ręce. Manifest to pokazuje. Dopóki ktoś nie podjął pierwszego kroku, inni jedynie narzekali, bojąc się zadbać o własne interesy. Czarodziejom potrzeba większej odwagi. Do ochrony siebie i bliskich. - Szczególnie przed mugolską plagą, która zepchnęła ich na dno i ciągnęła jeszcze niżej. Bała się, gdzie mogą przez to skończyć.
Co prawda takie ciągłe oszukiwanie sprawiło, że coraz trudniej było wpuścić kogokolwiek za własne mury, które tak skrzętnie się budowało. Annie nie wiedziała, czy istnieje osoba, która mogłaby przejść spokojnie przez jej fortece dostając się do jej prawdziwego ja. Czymkolwiek ono było, bo sama czasem już nie wiedziała. W końcu oszukiwała powoli nawet samą siebie, choć tego tak bardzo nienawidziła.
Nic więc dziwnego, że Ambrosia również nie mogła za dużo dojrzeć. Ale to nic złego. Tak było bezpieczniej.
A to uczucie Annie niezwykle ceniła. Nawet jeśli właśnie wepchała się w sam środek konfliktu, stając się jego żołnierzem. Miała w końcu nadzieję, że zapewni jej to spokój, gdy kurz opadnie, a ona będzie wśród tych na szczycie.
Cierpliwie czekała, aż krzesełko ustanie, wiedząc, że to w końcu nastąpi. A potem znów się uśmiechnęła, gdy zyskała potwierdzenie co do stanu zdrowia McKinnonów.
- Cieszę się w takim razie - odparła. Nie wnikała czy ktoś czegoś przed nią nie ukrywał. Wierzyła, że w tym wypadku dla swojego dobra pacjent mówił prawdę.
Pokiwała głową, gdy Ambrosia podsumowała swoje uczucia względem aktualnego okresu, zapewne widząc go w zupełnie innych barwach. Okres przejścia bardziej oznaczał dla niej wybicie z rytmu i dodatkowe prace, jak zbliżający się na przykład remanent, aczkolwiek nie mogła mu ując swoistej nietypowości.
Przygotowywał ich do kolejnego cyklu, który znów miały nakreślić przyjęcia, Sabaty i cykliczne wydarzenia społeczne. A także kolejne dni w pracy.
Tym razem rozszarpane przez nowy cel. Który zapewne mógł sporo namieszać w jej dotychczasowym życiu.
- Chętnie próbuję nowych smaków. Następnym razem, gdy przyjdę zbadać twoją matkę mam nadzieję, że jednym z naparów mnie uraczysz.
Mieszankę herbaty zapakowała w opisaną chwilę wcześniej papierową torebkę na leki i położyła tuż przy reszcie fiolek. Następnie zaparzony już napar w imbryczku zalała do dwóch filiżanek, jedną z nich lewitując tuż przed Ambrosie. Drugą wzięła w prawą rękę, lewą trzymając spodeczek i usiadła ponownie w swoim fotelu.
Tym razem towarzyszył jej inny uśmiech, ostrzejszy i jakby szczerze rozbawiony.
- W twoich słowach kryje się wielka mądrość. Najważniejsze jest w tych czasach myśleć o sobie i swoich bliskich i o tym, kto może dać nam najwięcej. A kto nas pogrąży. - Upiła łyk gorącego naparu, myśląc przez chwilę o wszystkim, co do tej pory dokonała na rozkaz śmierciożerców. Prawdopodobnie będzie musiała poświęcić swoje człowieczeństwo, ba już to robiła, w ramach możliwości zagwarantowania sobie i swoim krewnym najlepszej możliwej przyszłości. I miała nadzieję, że nie popełniła błędu. - Czasami możemy mieć wrażenie, że ktoś coś zrobi za nas, ale tak świat nie funkcjonuje. Należy wziąć los we własne ręce. Manifest to pokazuje. Dopóki ktoś nie podjął pierwszego kroku, inni jedynie narzekali, bojąc się zadbać o własne interesy. Czarodziejom potrzeba większej odwagi. Do ochrony siebie i bliskich. - Szczególnie przed mugolską plagą, która zepchnęła ich na dno i ciągnęła jeszcze niżej. Bała się, gdzie mogą przez to skończyć.