Chyba nie wszyscy traktowali to w ten sam sposób, co Borgin. O ile on sam mógł czuć zażenowanie, że występował tutaj, a na widowni siedział jego poczciwy staruszek Robert, jedna z jego przyjaciółek, wuj-klon Roberta - Rick, a jeszcze kilka innych osób, które również należały do rodziny, tudzież klanu Mulciberów. Był jeszcze ktoś inny. Była Sophie, która nie bawiła się dobrze i było to widać na pierwszy rzut oka. Coś było nie tak.
Stanley pochylił się odrobinę, aby móc usłyszeć to, co chciała mu przekazać. Wysłuchał, pokiwał głową. Zrozumiał. Zmrużył też oczy, ciężko wzdychając. Robert... Po tym wszystkim co powiedziała mu młoda Mulciberówna, zrozumiał jedno - ich wspólny stary powinien był siedzieć w domu. W golfie. Zamknięty od społeczeństwa... albo jeszcze lepiej - w wielkiej bibliotece, która codziennie rano miałaby przekładane książki, tak aby nie mógł się tam nigdy nudzić.
- Sophie, wiem. Spokojnie - odparł, dołączając do konspiracyjnego szeptu. Borgin zdawał sobie sprawę, że te słowa nigdy nie działają, a mogą jedynie wyrządzić więcej szkody - Zaraz coś się wymyśli. Jakoś wyjdzie z tego z głową... - dodał, a następnie uniósł zdziwioną brew, wszak nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Z drugiej strony był jej starszym bratem, o którym pojęcia nie miała - może powinien stanąć na wysokości zadania?
I pewnie byłby skłonny to zrobić, gdyby nie pewna, niezapowiedziana wizyta głównego prowodyra tej całej sytuacji. Atreus Bulstrode zwany również Atreusem Chytruskiem. Przyjaciel? Tylko czy aby na pewno? W końcu czy przyjaciel macha komuś przed twarzą swoją legitymacją aurorską? Otóż nie. Sauriel nigdy by czegoś takiego nie zrobił z dwóch powodów. Po pierwsze - nie był aurorem. Po drugie - miał gdzieś te całe zasady, więc i jakieś Ministerialne przykazania nie miałyby dla niego żadnego znaczenia, ponieważ braci się nie traci.
Czy powinien był sięgnąć po różdżkę, aby sprowadzić Bulstrode'a na ziemię? Pewnie tak, chociaż sam siebie zapewniał przed laty, że nigdy nie byłby skłonny podnieść na niego różdżki, nawet będąc ukrytym pod maską, ale jak widać - inni - podchodzili inaczej do pewnych spraw. Proszę mnie przepuścić i współpracować podczas jego zatrzymania to brzmiało niedorzecznie. Czyżby za dużo czasu spędzał z Brenną? Zapomniał jak to jest być dobrym kumplem? Najwidoczniej tak. Borginowi nie pozostało nic innego jak uśmiechnąć się pod nosem na to wszystko, co właśnie widział, a następnie się zawinąć.
- Sophie, uważaj... - ostrzegł ją jeszcze szybko - Bo albo się puścisz, albo zaraz możesz znaleźć się w bliżej nieznanym miejscu - dodał, a w głowie już szykował się do teleportacji gdzieś w okolicę Nokturnu. Głębina nie wchodziła w rachubę, wszak to była jego kryjówka i nie należało jej zdradzać osobom niewtajemniczonym w pewne sprawy.
Stanley nie miał zamiaru się pożegnać. Nie czuł takiej potrzeby. Wszystko co miał tutaj zrobić - zrobił. Miał pozwolić komuś wygrać? Pozwolił. I co go spotkało po tym wszystkim? Cóż, próba aresztowania przez własnego przyjaciela. Ha! Dobre sobie. Dalej miał zamiar podtrzymywać swoje słowa szukajcie, a znajdziecie, ale nie miał zamiaru dawać się aresztować, ot tak. A co do Atreusa? Cóż. Trzeba będzie rozważyć pewne decyzje życiowe. Zwłaszcza jak dla innych ważniejsze jest jakieś śmieszne Ministerstwo.
Nie czekając, ani chwili dłużej, ani na moment, kiedy Bulstrode będzie mógł podejść na wyciągnięcie dłoni, teleportował się Nokturn, a raczej miał zamiar to zrobić. Chyba, że ktoś będzie miał mu zamiar przeszkodzić. Nie miał teraz znaczenia też fakt czy zrobi to sam czy też z Sophie.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972