04.01.2023, 21:37 ✶
Żeby współpracować z Castielem w celu utrzymania równowagi myśli, potrzebował spokoju, a nie miał tu takiej możliwości. Śmiechy rozpraszały go, rozmowy dekoncentrowało, a przepychanie się ludzi szukających toalety irytowało go za każdym razem, gdy był potrącany czyimś łokciem. O tej godzinie panował tu istny harmider i chociaż na co dzień radził sobie z tym nieźle, dostrzegał, że Castiel niekoniecznie, a jego frustracja nakręcała go jeszcze bardziej. To nie tak, że nie umiał się hamować (no dobra, było w tym sporo prawdy), ale też próbował jakkolwiek odwrócić jego uwagę od obecności innych ludzi, nadmiaru dźwięków i zapachów. Tylko że jego wizja nie współgrała z tą Flinta i chociaż jego uwagi można było uznać za zwykłe żarty, obaj byli zbyt przepełnieni lękiem przed tym, że ktokolwiek odkryje ich relację. W oczach osoby podejrzanej nawet najdelikatniejszy uśmiech wydawał się poszlaką.
- Kto cię tak zlewa? - zapytał, zdziwiony tym, że istniała taka możliwość. Pochylił się w jego kierunku, opierając łokciami o stolik. - Teraz mnie zaintrygowałeś, próbujesz iść ze słowami zbyt naokoło, żebym się nie domyślił, o co może chodzić.
Od razu to wyczuł, chociaż podejrzewał sprawy służbowe, o których niekoniecznie Castiel mógł opowiadać. Gobliny ceniły swoją prywatność i wymagały jej również od swoich pracowników. Nigdy nie czuł się komfortowo w ich towarzystwie i unikał załatwiania rodzinnych spraw w banku jak ognia.
Nie planował zdenerwować Casa, zwyczajnie nie panował nad słowami, które wypływały z jego ust podczas tej rozmowy. Nie potrafił już nie wplatać w nią uszczypliwości czy komplementów. Im swobodniej się z Flintem czuł, tym bardziej jego podświadomość przesuwała granice. Teraz jednak zapadł się nieco w sobie, widząc go zirytowanego. Nie podobały mu się te reakcje, a jeszcze bardziej fakt, że sam był ich powodem. Uśmiech zniknął z jego twarzy, zwłaszcza gdy Castiel wyjął mu z ręki papierosa, przyglądając się mu, jakby był wyjątkowo paskudnym okazem mandragory.
Westchnął i przesunął się wraz z krzesłem bliżej blondyna, by lepiej go słyszał, bo planował ściszyć głos. Ich kolana zetknęły się pod stolikiem, gdy nachylił się w stronę mężczyzny, patrząc na niego z pełną powagą.
- Nie próbuję cię zdenerwować, jestem taki jak zawsze - przyznał, gryząc się w język, by nie przypomnieć mu, że z jakiegoś powodu jednak wepchnął go kilkukrotnie do wody. - Widzę, że cię coś gryzie, możesz ze mną o tym porozmawiać. - Starał się brzmieć łagodnie, ale nie był pewien, na ile mu to w tej sytuacji wychodziło. Castiel wciąż trzymał jego papierosa i Fergus zastanawiał się, co właściwie planował z nim zrobić. - To nie było bez powodu, po prostu nie chcę, żeby coś ci się stało przez przedmiot, który technicznie jest moją działką - ciągnął dalej, ignorując wzmiankę o tym, jakoby cieszył się mówiąc o swojej pracy. Nie znosił jej przecież, prawda? To byłoby dziwne, gdyby inni myśleli, że naprawdę ją uwielbiał. - I tak, znam się trochę na klątwach, mogę ci nawet później opowiedzieć, dlaczego.
Przy ostatnich słowach ton jego głosu stał się trochę ostrzejszy, ale nie przez Castiela, a dość nieprzyjemne wspomnienia z tym związane. Mężczyzna nie mógł jednak o tym póki co wiedzieć, więc trzeba było jedynie mieć nadzieję, że tego nie dostrzeże.
- Nie wiem, strasznie tu duszno, po prostu źle się tu czuję - mruknął, niezadowolony z obrotu spraw i tego, że ludzie wciąż się przepychali. Cud, że nikt jeszcze na nich nic nie wylał. - Masz rację, chcę z tobą być, ale nie tutaj.
Cudem powstrzymał się przed roześmianiem w głos, gdy Castiel zaciągnął się papierosem i zaczął kaszleć. Miał za swoje, skoro mu go zabrał! Może nawet powinien się zaniepokoić jego stanem, ale był zbyt skupiony na przygryzaniu policzka, by naprawdę nie parsknąć, co tylko wywoływało dziwny grymas na jego twarzy. Odebrał swoją własność i zaraz podniósł się z krzesła, ciągnąc za łokieć Flinta. Po chwili przepychania się, przepraszania przechodniów i trzepnięciu w ramię wyjątkowo przygłuchego typu, udało mu się wyskoczyć za drzwi prosto na chodnik. Zerknął przez ramię, czy blondyn podążał za nim, bo choć ciągnął go przez połowę drogi, w pewnym momencie go zgubił.
- Od razu lepiej - powiedział z szerokim uśmiechem, oddychając świeżym powietrzem, choć więcej w nim było spalin i kurzu niż orzeźwienia. Uśmiechnął się szeroko, gdy tylko dostrzegł słup reklamowy, na którym nadal wisiał stary plakat Hunky Dory, który od ostatniego spotkania jeszcze bardziej wypłowiał. - Cas, poznaj moją miłość życia - zażartował, wskazując dłonią, w której wciąż trzymał papierosa na postać Davida Bowiego, ale zaraz zrzedła mu mina, bo Flint najwyraźniej przechodził zawał.
- Kto cię tak zlewa? - zapytał, zdziwiony tym, że istniała taka możliwość. Pochylił się w jego kierunku, opierając łokciami o stolik. - Teraz mnie zaintrygowałeś, próbujesz iść ze słowami zbyt naokoło, żebym się nie domyślił, o co może chodzić.
Od razu to wyczuł, chociaż podejrzewał sprawy służbowe, o których niekoniecznie Castiel mógł opowiadać. Gobliny ceniły swoją prywatność i wymagały jej również od swoich pracowników. Nigdy nie czuł się komfortowo w ich towarzystwie i unikał załatwiania rodzinnych spraw w banku jak ognia.
Nie planował zdenerwować Casa, zwyczajnie nie panował nad słowami, które wypływały z jego ust podczas tej rozmowy. Nie potrafił już nie wplatać w nią uszczypliwości czy komplementów. Im swobodniej się z Flintem czuł, tym bardziej jego podświadomość przesuwała granice. Teraz jednak zapadł się nieco w sobie, widząc go zirytowanego. Nie podobały mu się te reakcje, a jeszcze bardziej fakt, że sam był ich powodem. Uśmiech zniknął z jego twarzy, zwłaszcza gdy Castiel wyjął mu z ręki papierosa, przyglądając się mu, jakby był wyjątkowo paskudnym okazem mandragory.
Westchnął i przesunął się wraz z krzesłem bliżej blondyna, by lepiej go słyszał, bo planował ściszyć głos. Ich kolana zetknęły się pod stolikiem, gdy nachylił się w stronę mężczyzny, patrząc na niego z pełną powagą.
- Nie próbuję cię zdenerwować, jestem taki jak zawsze - przyznał, gryząc się w język, by nie przypomnieć mu, że z jakiegoś powodu jednak wepchnął go kilkukrotnie do wody. - Widzę, że cię coś gryzie, możesz ze mną o tym porozmawiać. - Starał się brzmieć łagodnie, ale nie był pewien, na ile mu to w tej sytuacji wychodziło. Castiel wciąż trzymał jego papierosa i Fergus zastanawiał się, co właściwie planował z nim zrobić. - To nie było bez powodu, po prostu nie chcę, żeby coś ci się stało przez przedmiot, który technicznie jest moją działką - ciągnął dalej, ignorując wzmiankę o tym, jakoby cieszył się mówiąc o swojej pracy. Nie znosił jej przecież, prawda? To byłoby dziwne, gdyby inni myśleli, że naprawdę ją uwielbiał. - I tak, znam się trochę na klątwach, mogę ci nawet później opowiedzieć, dlaczego.
Przy ostatnich słowach ton jego głosu stał się trochę ostrzejszy, ale nie przez Castiela, a dość nieprzyjemne wspomnienia z tym związane. Mężczyzna nie mógł jednak o tym póki co wiedzieć, więc trzeba było jedynie mieć nadzieję, że tego nie dostrzeże.
- Nie wiem, strasznie tu duszno, po prostu źle się tu czuję - mruknął, niezadowolony z obrotu spraw i tego, że ludzie wciąż się przepychali. Cud, że nikt jeszcze na nich nic nie wylał. - Masz rację, chcę z tobą być, ale nie tutaj.
Cudem powstrzymał się przed roześmianiem w głos, gdy Castiel zaciągnął się papierosem i zaczął kaszleć. Miał za swoje, skoro mu go zabrał! Może nawet powinien się zaniepokoić jego stanem, ale był zbyt skupiony na przygryzaniu policzka, by naprawdę nie parsknąć, co tylko wywoływało dziwny grymas na jego twarzy. Odebrał swoją własność i zaraz podniósł się z krzesła, ciągnąc za łokieć Flinta. Po chwili przepychania się, przepraszania przechodniów i trzepnięciu w ramię wyjątkowo przygłuchego typu, udało mu się wyskoczyć za drzwi prosto na chodnik. Zerknął przez ramię, czy blondyn podążał za nim, bo choć ciągnął go przez połowę drogi, w pewnym momencie go zgubił.
- Od razu lepiej - powiedział z szerokim uśmiechem, oddychając świeżym powietrzem, choć więcej w nim było spalin i kurzu niż orzeźwienia. Uśmiechnął się szeroko, gdy tylko dostrzegł słup reklamowy, na którym nadal wisiał stary plakat Hunky Dory, który od ostatniego spotkania jeszcze bardziej wypłowiał. - Cas, poznaj moją miłość życia - zażartował, wskazując dłonią, w której wciąż trzymał papierosa na postać Davida Bowiego, ale zaraz zrzedła mu mina, bo Flint najwyraźniej przechodził zawał.