28.06.2024, 21:21 ✶
Po prostu sobą. Nie było bardziej oczywistego wyjścia, niż być po prostu sobą. Nie było niczego łatwiejszego od bycia sobą. A jednak sprawiało mu to pewne trudności - być sobą, to znaczy kim? Kim był Perseus Black? Niekiedy łapał się na tym, że patrzył w lustro i nie poznawał człowieka odbijającego się w jego tafli. Człowieka! Jakże wielkim przerostem formy nad treścią było mówienie o sobie per człowiek, kiedy było się zaledwie zlepkiem wspomnień, roztrzaskanych, niepasujących do siebie, trzymających się tylko na cienkim bandażu gwałtownych afektów. Być sobą - spełniającym oczekiwania synem, wspierającym bratem, idealnym mężem i wzorowym ojcem? Takim, jakim chciał być postrzeganym przez świat; poważnym, dystyngowanym mężczyzną, spełniającym się w zawodzie budzącym zaufanie społeczne? Być sobą - rozedrganą emocjonalnie istotą, która wciąż szukała swego miejsca? Kruchym, przerażonym człowiekiem, którego przerastała konfrontacja z rzeczywistością, a więc zamykał się w marzeniach i niespełnionych scenariuszach? Ekscentrykiem, który nie pasował do żadnego środowiska? Którym Perseusem był? Chyba żadnym. I jednocześnie obojgiem.
Laurent się z nim nie zgadzał i było to... być może nie nowe doświadczenie, ale całkiem odświeżające. Zmuszało go do refleksji, odnalezienia w sobie odpowiednich argumentów, a nawet do zrewidowania swoich poglądów. Starcie dwóch różnych przekonań było znacznie ciekawsze niż grzeczne przytakiwanie sobie. I choć Perseus miał skłonność do spolegliwości, tak nie zamierzał odpuszczać swojemu rozmówcy; przynajmniej nie teraz.
— Sądzę, że akurat Vincent jest tego świadom; w końcu odebrał sobie życie z własnej ręki. Podobno kiedy umierał, jego ostatnimi słowami było smutek nigdy nie przeminie — odrzekł w zadumie, jakby pochylał się nad sylwetką dobrego przyjaciela (lub pacjenta, bowiem nie miał wątpliwości co do kiepskiego stanu ducha artysty), a nie niedocenionego malarza, który odszedł kilkadziesiąt lat wcześniej — Nie wiem, jak jest w Limbo. Mam tak wiele pytań, a jednocześnie boję się, że mógłbym się rozczarować. Z drugiej strony, czy nie lepiej rozczarować się teraz, niż po fakcie? — na przykład w dniu, w którym zaplanował swoją śmierć. Nie znał jego daty i nie potrafił przewidzieć, czy będzie to za pięć miesięcy, czy dwadzieścia pięć lat, ale wiedział już, że będzie to dzień, w którym nie będzie w stanie poruszać się samodzielnie. Nie pozwoli się przykuć do wózka. Nie stanie się ciężarem, pełnymi zmęczenia westchnieniami i tematem skrzętnie pomijanym w czasie rodzinnych kolacji.
Może i dla Laurenta był słonecznikiem, lecz to on był prawdziwym słońcem. Och, jakże dobrze było oderwać myśli od przygnębiających rzeczy!
— Lubię czerń... i błękit — taki jak twoje oczy, pomyślał, nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak niebezpieczne są twoje oczy, jak silne uczucia budzi we mnie jedno twoje spojrzenie — Lubię jesień, a zwłaszcza mgliste jesienne poranki na wrzosowiskach w Dolinie Godryka. Dobre wino. Mugoli. Ludzi, właściwie. Sztukę. Czarną kawę i czarne słodycze. Postęp. Poezję. Piękno i groteskę. Książki. Osobliwe zwierzęta. Pana, panie Prewett.
Stało się; zrzucił mu na głowę cegłę w postaci swojego wyznania. Nie pozwolił jednak Laurentowi na zbyt długie zastanawianie się nad jego słowami - chyba ze strachu przed tym, co mógłby usłyszeć w odpowiedzi - dlatego ponownie zaczął zasypywać go informacjami. I tak, jak robił to jego towarzysz, przeplatał te najbardziej istotne z tymi mniejszej wagi, choć w przypadku Perseusa - każde słowo Laurenta było ważne. Każde zachowywał głęboko w swojej pamięci, bo przecież interesował go w każdym aspekcie tego słowa.
— Nie lubię niewygodnych garniturów. Zbyt głośnych miejsc. Zbyt cichych miejsc. Śmierciożerców. Bezsennych nocy. Mojej choroby. Śmierci. Londynu. Zimna. Samotności — i siebie, chciał dodać, ale zabrakło mu odwagi na tak brzemienne w skutkach wyznanie; zbyt wiele kosztowało go przyznanie się do choroby (zabawne, że Laurent był drugą osobą, której mówił o niej otwarcie), dlatego zabrakło mu sił na więcej prawdy — Nienawiści. Upartości. Agresji. Zła.
A przecież sam nie był dobrym człowiekiem; sam bowiem splamił swe ręce najcięższym z grzechów, kiedy jego dłonie zacisnęły się na szyi człowieka, który zaledwie chwilę wcześniej próbował uczynić to samo, po szamotaninie, która przewróciła meble, zrzucała z nich przedmioty i była najstraszniejszą z walk, jakie stoczył w życiu. Ale czy samoobrona go usprawiedliwiała? Chciałby, żeby tak było. Być może Wizengamot skłoniłby się ku takiemu wnioskowi, ale cóż z tego, skoro sam wybaczyć sobie nie potrafił?
Minęli słoneczniki z Arles i zatrzymali się przed obrazem przedstawiającym pole pszenicy i wrony. Uśmiechnął się smutno. To było jedno z ostatnich dzieł Mistrza.
— Mugolskie obrazy, w przeciwieństwie do magicznych, pozostają nieruchome, a mimo to nie mogę wyzbyć się wrażenia, jakby rzucały na mnie jakiś urok. Niemalże czuję w powietrzu zapach lata, słyszę nadlatujące wrony, a chłodny wiatr rozwiewa moje włosy - idzie burza, a ja nie szukam schronienia.
Laurent się z nim nie zgadzał i było to... być może nie nowe doświadczenie, ale całkiem odświeżające. Zmuszało go do refleksji, odnalezienia w sobie odpowiednich argumentów, a nawet do zrewidowania swoich poglądów. Starcie dwóch różnych przekonań było znacznie ciekawsze niż grzeczne przytakiwanie sobie. I choć Perseus miał skłonność do spolegliwości, tak nie zamierzał odpuszczać swojemu rozmówcy; przynajmniej nie teraz.
— Sądzę, że akurat Vincent jest tego świadom; w końcu odebrał sobie życie z własnej ręki. Podobno kiedy umierał, jego ostatnimi słowami było smutek nigdy nie przeminie — odrzekł w zadumie, jakby pochylał się nad sylwetką dobrego przyjaciela (lub pacjenta, bowiem nie miał wątpliwości co do kiepskiego stanu ducha artysty), a nie niedocenionego malarza, który odszedł kilkadziesiąt lat wcześniej — Nie wiem, jak jest w Limbo. Mam tak wiele pytań, a jednocześnie boję się, że mógłbym się rozczarować. Z drugiej strony, czy nie lepiej rozczarować się teraz, niż po fakcie? — na przykład w dniu, w którym zaplanował swoją śmierć. Nie znał jego daty i nie potrafił przewidzieć, czy będzie to za pięć miesięcy, czy dwadzieścia pięć lat, ale wiedział już, że będzie to dzień, w którym nie będzie w stanie poruszać się samodzielnie. Nie pozwoli się przykuć do wózka. Nie stanie się ciężarem, pełnymi zmęczenia westchnieniami i tematem skrzętnie pomijanym w czasie rodzinnych kolacji.
Może i dla Laurenta był słonecznikiem, lecz to on był prawdziwym słońcem. Och, jakże dobrze było oderwać myśli od przygnębiających rzeczy!
— Lubię czerń... i błękit — taki jak twoje oczy, pomyślał, nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak niebezpieczne są twoje oczy, jak silne uczucia budzi we mnie jedno twoje spojrzenie — Lubię jesień, a zwłaszcza mgliste jesienne poranki na wrzosowiskach w Dolinie Godryka. Dobre wino. Mugoli. Ludzi, właściwie. Sztukę. Czarną kawę i czarne słodycze. Postęp. Poezję. Piękno i groteskę. Książki. Osobliwe zwierzęta. Pana, panie Prewett.
Stało się; zrzucił mu na głowę cegłę w postaci swojego wyznania. Nie pozwolił jednak Laurentowi na zbyt długie zastanawianie się nad jego słowami - chyba ze strachu przed tym, co mógłby usłyszeć w odpowiedzi - dlatego ponownie zaczął zasypywać go informacjami. I tak, jak robił to jego towarzysz, przeplatał te najbardziej istotne z tymi mniejszej wagi, choć w przypadku Perseusa - każde słowo Laurenta było ważne. Każde zachowywał głęboko w swojej pamięci, bo przecież interesował go w każdym aspekcie tego słowa.
— Nie lubię niewygodnych garniturów. Zbyt głośnych miejsc. Zbyt cichych miejsc. Śmierciożerców. Bezsennych nocy. Mojej choroby. Śmierci. Londynu. Zimna. Samotności — i siebie, chciał dodać, ale zabrakło mu odwagi na tak brzemienne w skutkach wyznanie; zbyt wiele kosztowało go przyznanie się do choroby (zabawne, że Laurent był drugą osobą, której mówił o niej otwarcie), dlatego zabrakło mu sił na więcej prawdy — Nienawiści. Upartości. Agresji. Zła.
A przecież sam nie był dobrym człowiekiem; sam bowiem splamił swe ręce najcięższym z grzechów, kiedy jego dłonie zacisnęły się na szyi człowieka, który zaledwie chwilę wcześniej próbował uczynić to samo, po szamotaninie, która przewróciła meble, zrzucała z nich przedmioty i była najstraszniejszą z walk, jakie stoczył w życiu. Ale czy samoobrona go usprawiedliwiała? Chciałby, żeby tak było. Być może Wizengamot skłoniłby się ku takiemu wnioskowi, ale cóż z tego, skoro sam wybaczyć sobie nie potrafił?
Minęli słoneczniki z Arles i zatrzymali się przed obrazem przedstawiającym pole pszenicy i wrony. Uśmiechnął się smutno. To było jedno z ostatnich dzieł Mistrza.
— Mugolskie obrazy, w przeciwieństwie do magicznych, pozostają nieruchome, a mimo to nie mogę wyzbyć się wrażenia, jakby rzucały na mnie jakiś urok. Niemalże czuję w powietrzu zapach lata, słyszę nadlatujące wrony, a chłodny wiatr rozwiewa moje włosy - idzie burza, a ja nie szukam schronienia.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory