16.06.2024, 23:14 ✶
Scena
Odejście Nory ze sceny odmieniło głównego bohatera, ale nie znaczyło to wcale, że stał się ideałem. W tej postaci nie było nic idealnego, bo jej autor nienawidził rzeczy i ludzi idealnych. We wszystkim doszukiwał się wad, niedociągnięć, brzydoty - to dopiero sprawiało, że zwracał na to uwagę i chciał z tym obcować - może dlatego doprowadzał ludzi, których kochał do takiej destrukcji? Ale The Edge nie był nim. Kochał i pożądał jak on, ale nie był nim - tak samo on nie czuł się do końca Edgem. Różnili się tym, co powinni czuć do stojącego przed nimi czarodzieja. Jeden chciał przed nim uciekać, drugi chciał klęczeć przed nim na kolanach i wynosić go do rangi boga. Ostatecznie... uczucia obu jego wersji miały pozostać już na zawsze nieodwzajemnione.
Ledwo poradził sobie z tym dysonansem - dlatego na początku był w swoich ruchach o wiele mniej pewny, niż powinien. Poza tym Laurent nie był tancerzem - to utrudniało, zamykało możliwości - z drugiej strony stanowiło dokładnie to, czym miało być. To było wyzwanie. Wyzwanie, któremu sprostał, chociaż coś w środku wcale nie chciało umykać rękom blondyna. Bo ten pajac uśmiechnął się delikatnie, bo musiał na moment odwrócić spojrzenie, żeby złapać tchu. Odpłynął myślami dwa dni wstecz, tam poszukał jakiegoś punktu zaczepienia. Do tej kuchni, tej jasnej, która mu się nie podobała - stamtąd powiódł myślami do tej, którą pamiętać chciał. Tej, co mu ogrzewała serce. I tak tę scenę odegrał - ciepło. Jakby był kotką rozłożoną na gorącym, blaszanym dachu, niosąc z każdym swoim ruchem ciepło lata. Po ostatnim skoku przeturlał się po deskach, trzymając w zębach białą, płonącą różę i przeciągnął się tuż obok Prewetta, naprężając się i uśmiechając... ale to nie wyglądało, jakby dedykował to uniesienie kącików ust jemu.
- Zostań - powiedział cicho, ledwo słyszalnie ze względu na dudniącą wokół muzykę i hałas kiermaszu - obok namiotu. Mam coś dla ciebie.
Ale Laurent nie miał dla niego już nic. Bo miał sobie stąd iść - nie miał wplatać palców w błyszczące loki, chociaż miał go obok - miał odejść, zostawić go w samotności, ponieważ w takim wydaniu miała zastać go Peppa.
Rozstrojonego.
Leżącego krzyżem.
Ta scena go ogrzała, ale była zbyt krótka, aby te uczucia pozostały permanentne - to był opis miłości, która jest intensywna jak diabli, w której bawisz się i bawisz, a później znika i... pozostawia cię tak pustym i zdesperowanym jak to tylko możliwe.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.