Czy można się dobrze bawić, kiedy głowa potrafi skupiać się prawie tylko na tym, czy na pewno wszystko jest idealnie? Oczywiście, że nie. Dlatego pozostaje o tym nie myśleć. Nie zadawać tego pytania, w którym każde "proszę" o ideał równałoby się z wbiciem igły w miękką poduszkę umysłu. Bo przecież nie potrafił tańczyć i wychodząc tutaj nie miał potrafić tańczyć. Bawił się tak dobrze, jak i ciągle gdzieś drapało go to, kiedy tańczący Flynn podejmujący wyzwanie pojawiających się nowych osób musiał tworzyć z tego, co było mu dane - wysilić się. Bawił się też dobrze, kiedy ten w końcu zjawił się przy nim i wyciągnął różę, do której zabiło mu to głupie serduszko tylko na jedno uderzenie mocniej. Na ten moment kiedy wyciągał po nią dłoń, zachwycony jej pięknem i na moment tuż przed uniesieniem spojrzenia na twarz przed nim. I chociaż nie do końca rozumiał, dlaczego, to w tamtym momencie czar prysnął, on przestał nucić zgodnie z grającą muzyką i szum otoczenia oraz ludzie wrócili na jego miejsce, wcześniej niedostrzegani.
Zszedł ze sceny i uśmiechnął się do Pepy ulotnie, a przynajmniej postarał się uśmiechnąć, bo nie był pewien, co z tego wyszło - ponownie.
- Dziękuję za trzymanie na jej oka... Przesympatyczna zabawa. - Tak i teraz uśmiechnął się do drobnej kobiety, która im tutaj rozdawała role. Złożył pieczołowicie teraz kartkę, którą otrzymał i schował ją do kieszeni spodni. Bywał za bardzo sentymentalny, ale teraz, kiedy o tym myślał, powinien zdecydowanie pochować niektóre z rzeczy w swoim domu... głęboko, głęboko w kąt nieużywanych szaf.
Kucnął przy koszyku z kotem, otrzepując się po drodze - dłonie, ubrania - żeby się upewnić, że nie został na nich jakichś widoczny kurz. Niby kto by wśród tylu ludzi zobaczył... tylko po co ryzykować? Pogładził kotkę, która otworzyła jedno ślepie czujnie, gdy poczuła dotyk, przeciągnęła się i znów je zamknęła. Zabrał swoje rzeczy i zawahał się po opuszczeniu tego miejsca. Poczekać? Teraz? Jakoś nie do końca miał na to ochotę. Wahanie odliczało sekundy w rytmie muzyki.
W końcu przerwał ten bezruch i ruszył w kierunku jednego z tych namiotów na uboczu, przy wyjściu. Żeby nie kręcić się między cyrkowcami, gdzie nie był pewien, czy zaraz nie napotka tego samego mężczyzny, który mu odgrażał, że ma tutaj nie stawiać swojej nogi. Położył koszyk z kotem i przysunął sobie jakiś nieużywany taboret - w zasadzie nikt na niego nawet nie zwracał chyba większej uwagi? On na pewno przestał zwracać uwagę na otoczenie.
Starał siedzieć prosto, wyglądać, jak na panicza przystało, ale w końcu pochylał się w przód, opierając opuszczoną głowę na ręce, a jej łokieć na własnym udzie i zaczepiał Divę, która obudzona ruchem wylazła z koszyka i kręciła się między jego nogami z uniesionym w górę ogonem.