17.06.2024, 10:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.06.2024, 09:40 przez Anthony Shafiq.)
Intencja była kluczem, ale jak trudno dostrzec ten klucz pośród całego mrowiu domysłów i spekulacji? Na ile list do Victorii był pisany specjalnie po to, by maksymalnie skrócić czas bytności obu mężczyzn tylko we dwoje? Na ile Anthony nie ufał Laurentowi, którego zachowania i spojrzenia jeszcze z poprzednich ich spotkań mógł przecież odczytać całkiem łatwo jako zainteresowanie wykraczające poza zwykłą rozmowę. Na ile Anthony nie ufał sobie w tym całym układzie prywatności, w jaką zaprosił sponiewieranego przez opryszków mężczyznę. Na ile to było celowe, na ile to był przypadek, odpowiedni splot zdarzeń, dzięki któremu nikt nie mógł mieć wątpliwości co do czystości podejmowanych przez niego akcji.
Przyjaciele przyjaciół, są moimi przyjaciółmi.
I tak to powinno zostać. Słysząc głos Victorii, wyjrzał ze swojego gabinetu.
– Gołąbeczko, jak dobrze Cię widzieć! Szczęśliwie mam już butelkę odpowiedniego wina na okoliczność tej przysługi, o którą za moment będziemy prosić. Musimy natychmiast udać się do Ollivandera, te nicponie zawłaszczyły sobie też różdżkę Laurenta, uwierzyłabyś?– Na moment jeszcze zniknął za drzwiami, by wrócić do nich w lazurowej marynarce z egzemplarzem Châteauneuf-du-Pape. Gotowy do odwiedzin w sklepie z różdżkami.
– A gdzie...– nim dokończył potężne uderzenie o okno oznajmiło wszystkim powrót Ptolemeusza, który gniewnie przez szybę łypał na Victorię, która przed chwilą była gdzie indziej. Choć może harpia miała to do siebie, że zawsze patrzyła gniewnie. Anthony uśmiechnął się na widok pupila i rychło otworzył mu zaklęciem drogę do apartamentu tylko po to by dać mu zawczasu przygotowany liścik do Garricka i wypuścić na powrót tą samą drogą.
– Victorio wina nim wyjdziemy? Chyba przeszkadzasz Laurentowi w procesie ubrania się. – zasugerował miękko sięgając po trzeci kieliszek. – To z pewnością zasmakuje Ci bardziej niż lammasowe. Nawet podniebienie pana Prewetta doceniło ten bukiet. – zęby błysnęły w lekkim uśmiechu, gdy dolewał sobie i pytająco spojrzał na roztrzęsioną aurorkę.
Przyjaciele przyjaciół, są moimi przyjaciółmi.
I tak to powinno zostać. Słysząc głos Victorii, wyjrzał ze swojego gabinetu.
– Gołąbeczko, jak dobrze Cię widzieć! Szczęśliwie mam już butelkę odpowiedniego wina na okoliczność tej przysługi, o którą za moment będziemy prosić. Musimy natychmiast udać się do Ollivandera, te nicponie zawłaszczyły sobie też różdżkę Laurenta, uwierzyłabyś?– Na moment jeszcze zniknął za drzwiami, by wrócić do nich w lazurowej marynarce z egzemplarzem Châteauneuf-du-Pape. Gotowy do odwiedzin w sklepie z różdżkami.
– A gdzie...– nim dokończył potężne uderzenie o okno oznajmiło wszystkim powrót Ptolemeusza, który gniewnie przez szybę łypał na Victorię, która przed chwilą była gdzie indziej. Choć może harpia miała to do siebie, że zawsze patrzyła gniewnie. Anthony uśmiechnął się na widok pupila i rychło otworzył mu zaklęciem drogę do apartamentu tylko po to by dać mu zawczasu przygotowany liścik do Garricka i wypuścić na powrót tą samą drogą.
– Victorio wina nim wyjdziemy? Chyba przeszkadzasz Laurentowi w procesie ubrania się. – zasugerował miękko sięgając po trzeci kieliszek. – To z pewnością zasmakuje Ci bardziej niż lammasowe. Nawet podniebienie pana Prewetta doceniło ten bukiet. – zęby błysnęły w lekkim uśmiechu, gdy dolewał sobie i pytająco spojrzał na roztrzęsioną aurorkę.