17.06.2024, 10:41 ✶
Anthony Shafiq miał wszelkie predyspozycje do tego, żeby zostać potężnym, wysoko-funkcjonującym czarnoksiężnikiem. Dostęp do informacji, dostęp do transportu, dostęp do wiedzy i oczywiście pieniędzy. Czysta krew, rodzina o dość ugruntowanych poglądach skonstruowanych na poczuciu wyższości wobec każdego, kto nie pochodził z rodu czystej krwi. Nawet jego różdżka, smok zamknięty w cisowym drewnie... Anthony Shafiq mógł, ale nie poszedł tą drogą, oportunistycznie ceniąc sobie zastany porządek, wyciskając z systemu ile mógł, balansując na granicy prawa, ale z niesmakiem patrząc na przemoc, którą niósł na swoich sztandarach Voldemort. Był trochę jak demon, który musi ukrywać się przed swoim rodzajem, aby przypadkiem nikt nie dowiedział się, że lubi od czasu do czasu zamiast kuszenia, pozwolić sobie na małe błogosławieństwo.
Ta postawa tylko umacniała przekonanie, żeby zakładać, że każdy jego rozmówca z wysokiego rodu jest śmierciożercą, że co jakiś czas zakłada dziwaczną maskę i wychodzi na ulicę by postrzelać do niewinnych rzemieślników, bo sprzątanie "elementu" z ulicy potraktował zbyt dosłownie. Nieświadomość była definicją szczęścia, łatwiej mu było jednak zakładać, że obraca się w wężowisku, niż domniemywać niewinności swoich rozmówców. Cały czas liczył, że ów koronki dystyngowanej rozmowy pozwolą mu uniknąć bezpośredniego wciągnięcia w tą całą kabałę. Cały czas liczył, że jeśli – nie daj bogowie – porządek świata rzeczywiście się zmieni, uda mu się uchronić własną skórę takimi o, pośrednimi działaniami. Działał tak od lat, nie mając pojęcia jak wszystko wywróci mu się do góry nogami za dwa miesiące. Ale wciąż był czerwiec, wciąż stare koleiny wyznaczały tor jego słowom.
– Bardzo liczyłem na to, że zechcesz zostać głową tego projektu! – zadeklarował szczerze, z emfazą i wyraźną ulgą. – Nie wyobrażam sobie lepszej osoby na tym stanowisku! Oczywiście będę pomagał przy tłumaczeniach, na dniach mają przypłynąć sadzonki z częścią opisowa po francusku i wietnamsku z proponowanym użyciem. Nasz Inspektor do spraw ziół i innych ingrediencji Bumfuzzle będzie się tym zajmował od strony legislacyjnej, ale wiadomo, że działanie Twojego zespołu będzie nieodzowne do wypracowania wszystkich detali. Niezbędna do tego, aby umowa w ogóle doszła do skutku. – Łechtał jej ego, ale też komplementy były w pełni zasłużone i zasadne. Lubił profesjonalistów w działaniu. – A zatem toast na nadchodzącą współpracę... – może wzniósł kielich nieco przedwcześnie, w końcu dyrektorka szpitala jeszcze się nie zgodziła. Czy jednak mogła odmówić parze tak uroczych i diabloskutecznych ludzi? – Nic prywatnie, wszystko w świetle reflektorów. Nie może być tak, że opinia publiczna nie będzie dobre poinformowana. Nie wiem czy czytałaś ten paskudny paszkwil który wyszedł na mój temat... Nie mogę pozwolić sobie na więcej tego typu pomyłek wizerunkowych. Prywatnie... mmm... prywatnie mogę poprosić Cię o maść na ból mięśni i stawów, ostatnio zacząłem dbać o moje ciało i ono odpowiada mi strajkiem gorszym niż narzekania moich pracowników. – przyznał rozbawiony własną słabością, czyniąc z niej wyborną anegdotkę salonową.
Ta postawa tylko umacniała przekonanie, żeby zakładać, że każdy jego rozmówca z wysokiego rodu jest śmierciożercą, że co jakiś czas zakłada dziwaczną maskę i wychodzi na ulicę by postrzelać do niewinnych rzemieślników, bo sprzątanie "elementu" z ulicy potraktował zbyt dosłownie. Nieświadomość była definicją szczęścia, łatwiej mu było jednak zakładać, że obraca się w wężowisku, niż domniemywać niewinności swoich rozmówców. Cały czas liczył, że ów koronki dystyngowanej rozmowy pozwolą mu uniknąć bezpośredniego wciągnięcia w tą całą kabałę. Cały czas liczył, że jeśli – nie daj bogowie – porządek świata rzeczywiście się zmieni, uda mu się uchronić własną skórę takimi o, pośrednimi działaniami. Działał tak od lat, nie mając pojęcia jak wszystko wywróci mu się do góry nogami za dwa miesiące. Ale wciąż był czerwiec, wciąż stare koleiny wyznaczały tor jego słowom.
– Bardzo liczyłem na to, że zechcesz zostać głową tego projektu! – zadeklarował szczerze, z emfazą i wyraźną ulgą. – Nie wyobrażam sobie lepszej osoby na tym stanowisku! Oczywiście będę pomagał przy tłumaczeniach, na dniach mają przypłynąć sadzonki z częścią opisowa po francusku i wietnamsku z proponowanym użyciem. Nasz Inspektor do spraw ziół i innych ingrediencji Bumfuzzle będzie się tym zajmował od strony legislacyjnej, ale wiadomo, że działanie Twojego zespołu będzie nieodzowne do wypracowania wszystkich detali. Niezbędna do tego, aby umowa w ogóle doszła do skutku. – Łechtał jej ego, ale też komplementy były w pełni zasłużone i zasadne. Lubił profesjonalistów w działaniu. – A zatem toast na nadchodzącą współpracę... – może wzniósł kielich nieco przedwcześnie, w końcu dyrektorka szpitala jeszcze się nie zgodziła. Czy jednak mogła odmówić parze tak uroczych i diabloskutecznych ludzi? – Nic prywatnie, wszystko w świetle reflektorów. Nie może być tak, że opinia publiczna nie będzie dobre poinformowana. Nie wiem czy czytałaś ten paskudny paszkwil który wyszedł na mój temat... Nie mogę pozwolić sobie na więcej tego typu pomyłek wizerunkowych. Prywatnie... mmm... prywatnie mogę poprosić Cię o maść na ból mięśni i stawów, ostatnio zacząłem dbać o moje ciało i ono odpowiada mi strajkiem gorszym niż narzekania moich pracowników. – przyznał rozbawiony własną słabością, czyniąc z niej wyborną anegdotkę salonową.