Potrafiła się ruszać zadziwiająco szybko kiedy tylko tego chciała, albo była w nerwach, nic więc dziwnego że zaskoczyła biednego Laurenta, który przemykał właśnie do łazienki, bo raczej nie miał okazji jej oglądać za bardzo w takich warunkach, wszak ich spotkania do tej pory były zaplanowane mniej czy bardziej i warunki też były kontrolowane. Odchylenie od normy nastąpiło, kiedy wpadła do niego w mundurze aurora po nieszczęsnym artykule w Proroku, i na całe szescie nie tylko jej przyszedł ten sam pomysł do głowy… a teraz było to. Oczywiste było, że się zmartwi, że jak tylko będzie mogła to tutaj wparuje. Czy była to manipulacja? Nawet nieszczególnie się trzeba było nad tym głowić, wystarczyło trochę znać Victorię, znać jej relację z Laurentem… i oto była, jakże przewidywalnie.
I jakże przewidywalnie przyglądała się teraz twarzy Laurenta, już po tym, gdy ją objął, a ona objęła jego.
– Jakie nic się nie stało! Jakby się nic nie stało, to byś tutaj nie był, a ja nie dostałabym tego listu… – nawet nie pomyślała o tym, że to, że jest w tym szlafroku, jest jakoś niewłaściwe, że kryło się za tym jakieś drugie dno – właśnie przez ten list i wzmiankę o napaści na Laurenta. Uniosła nawet dłoń, żeby delikatnie przejechać nią po jego policzku, a po chwili pokazał jej dłoń. I w tym momencie Anthony wystawił głowę ze swojego gabinetu. – Nawet różdżkę? Co to ma być. Na Pokątnej?! – już raz na Pokątnej i ją okradziono, ale Sauriel dogonił tego śmiałka, więc skuła gnojka i zaprowadziła do aresztu… ale różdżkę? Na co komu czyjąś różdżka, przecież te często nie chciały się słuchać nowego właściciela… załamała nad tym ręce. – Chcesz to zgłosić? Powinieneś – dodała, na nowo patrząc na Laurenta, ale bardzo łagodnie. Namawiałaby go, żeby to zgłosił, ale oczywiście jeśli nie będzie chciał, to miał do tego pełne prawo.
Uderzenie w szybę oznajmiło powrót Ptolemeusza, na którego Victoria tylko na moment zwróciła uwagę.
– Odleciał zanim zdążyłam go wziąć ze sobą – powiedziała tylko, a harpia wyglądała na zaskoczoną i zła, że Victoria jednak była od niego szybsza, jakby to były jakieś wyścigi, które właśnie przegrał. – Niech będzie, nalej mi trochę, ale nie za dużo, bo przede mną krótka noc – uśmiechnęła się do Anthony’ego i odsunęła się od Laurenta. Zupełnie, zupeeełnie jej nie przeszkadzało że biedny był tu w tym szlafroku… ale dobrze. Skoro już się upewniła, że to nic krytycznego, to mógł pójść się ubrać.
– Zajmiemy się tym zanim pójdziemy, dobrze? Tą ręką – dodała, żeby zaraz Laurent nie próbował jej uciec, kiedy już się ubierze. Kiedy wszedł do łazienki, podeszła do Anthony’ego, by cicho powiedzieć mu: – Dziękuję. Że się nim zająłeś – Laurent znaczył dla niej bardzo, bardzo wiele… i może nie chciał jej martwić, ale ona właśnie chciała być martwi ona, żeby móc zadziałać, a nie tylko słuchać bezczynnie i patrzeć na efekty, na które nie mogła już nijak wpłynąć. Pozwoliła więc sobie nalać wina, a w tym czasie wydobyła z torebki dwa słoiczki; jeden z maścią na rany, a drugi z maścią na siniaki.