05.01.2023, 05:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2023, 20:03 przez Chester Rookwood.)
Chester doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że pośpiech może zgubić ich wszystkich, sprawić, że ta rebelia zostanie stłumiona zawczasu i wszystkie plany Czarnego Pana spalą na panewce. Pomimo tego, że sam wolał podejmować zdecydowane działania, tak jego zdanie miało w tej sprawie drugorzędne znaczenie. Zależało mu na tym, aby wszystkie następne plany Lorda Voldemorta zostały zwieńczone powodzeniem. To wymagało odpowiedniego przygotowania z jego strony, gdy przyjdzie co do czego. Niebawem będzie mógł zweryfikować zarówno swoje stanowisko, jak i to, czy opracowane przez niego plany pierwszych ataków okazały się wystarczająco skuteczne oraz to, czy ich efekty przy bezproblemowej realizacji zadowolą ich przywódcę.
— W istocie — Tego, że wszystko tak naprawdę zależało od woli Czarnego Pana nie zamierzał w żaden sposób kwestionować. Jest jednym z jego najbardziej oddanych mu sług. Sam niejako zamierzał być wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o wierność zawartych na łamach tego manifestu ideom i bezwarunkowego oddania sprawie. Oczekiwał tego od swoich podkomendnych, których wyznaczył do wykonania zaplanowanych pierwszych ataków. Jeśli oni chcą mieć jakąkolwiek przyszłość w powstającej organizacji i miejsce w nowym świecie muszą na to zasłużyć. Oczywiście, zawsze znajdą się ludzie, którzy ze wszystkich sił będą starali się ich powstrzymać – Brygadziści i z czasem jego koledzy po fachu, Aurorzy. Tego był całkowicie pewien. Gdyby był prawym człowiekiem, sam by tak postąpił na ich miejscu. Pozostawał jednak świadom, że tego samego zaczną oczekiwać od niego jego przełożeni.
Szczerze go to zainteresowało i dlatego oczekiwał więcej informacji na temat tego projektu. Może nie wszystkich konkretów, ale chociażby ogólnych informacji. Choćby po to, aby dostrzec kryjący się w nim potencjał i zaaprobować to rozwiązanie. Albo uznać je za niewarte zachodu. Jednego ani drugiego nie mógł wykluczyć. Na tym etapie nie było po co przedstawiać tego pomysłu Czarnemu Panu.
— Oby było warto — Odparł na te w dużej mierze niezadowalające go słowa. — To zrozumiałe. Nie chcesz przedstawić Lordowi Voldemortowi niepewnego lub niedopracowane sposobu na komunikację pomiędzy jego poplecznikami. Możesz wybrać do tych testów kilku Naśladowców — Zgodził się jednak co zasadności tych testów, biorąc pod uwagę zarówno skuteczność tego sposobu komunikacji, bezpieczeństwo osób posługujących się nim oraz decydujący głos Czarnego Pana.
— Słuszna uwaga — Przyznał rację temu czarodziejowi. Nad tą kwestią musiał się zastanowić. — Najwyżej w hierarchii stoi Czarny Pan, przed którym odpowiadają wyłącznie jego najwierniejsi słudzy – Prawa i Lewa Ręka. My. Wydaje mi zasadne, abyśmy z czasem wyłonili pośród jego popleczników tych, którzy mogliby zyskać pozycję powiedzmy... Kapitanów. Byliby to Śmierciożercy, którzy zdołali się wyróżnić w szeregach organizacji i którym można było przekazywać poważniejsze zadania. Niektórzy Naśladowcy mogliby uzyskać szansę na zostanie zaprzysiężonym na Śmierciożercę. Co o tym myślisz, Robercie? — Ostatecznie przedstawił mu swoją koncepcję na temat hierarchii pośród wszystkich popleczników Lorda Voldemorta, pozostawiając ją do omówienia podczas tego spotkania. Może jego towarzysz widział to zupełnie inaczej, niż on i chciał się wypowiedzieć. Na pewno miał swoje zdanie na kwestie awansu i ewentualnej degradacji sług Czarnego Pana. Dla niego było istotne, aby zwolennicy Lorda Voldemorta wierzyli w wyższość czarodziejów czystej krwi ponad innymi a osiągnięcie swoich prywatnych celów stawiali na drugim miejscu. Jak już zauważył, Robert kary cielesne zdawał się uważać za zbyt łagodne i wydawał się być zwolennikiem kary śmierci. On z zabijaniem nie miał żadnego problemu, jednak tym powinna być karana świadoma zdrada a nie nieposłuszeństwo. Nad nieposłusznymi jednostkami dało się odpowiednio pracować. Choć to nie oznaczało dawania im kolejnych szans na poprawę.
— Gdy o tym rozmawialiśmy, uznałem to rozwiązanie za słuszne. Wolałbym uniknąć posyłania ludzi na ulice magicznego Londynu i do Hogsmeade jako orędowników słusznej sprawy. Już wtedy stwierdziliśmy jednogłośnie, że istniałoby ryzyko, że zostaną aresztowani. Nie mogą też szeptać do uszu osób chcących ich wysłuchać. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy ktoś ich nie sprzeda Brygadzistom. Nie wspominałeś przypadkiem o rozprowadzanych w podziemiu broszurach? — Przypomniał swojemu rozmówcy swoje (wciąż podtrzymywane) stanowisko oraz wnioski, do których zdołali dojść w toku tamtej dyskusji. Jeszcze pamięć go nie zawodziła. Krążące po podziemiach świata czarodziejów to chyba najlepsze i nad wyraz bezpieczne dla nich wyjście. Takimi broszurami można dosłownie zasypać uczęszczane przez czarodziejów ulice.
— Z biegiem czasu mogą awansować w szeregach organizacji i być może wtedy Czarny Pan nagrodzi ich za wierną służbę. Mogą zyskać także potęgę, poznać moce jakich nigdy dotąd nie odkryli. Materialne korzyści mogą przyjść z czasem, ale nie możemy składać obietnic bez pokrycia.
— W istocie — Tego, że wszystko tak naprawdę zależało od woli Czarnego Pana nie zamierzał w żaden sposób kwestionować. Jest jednym z jego najbardziej oddanych mu sług. Sam niejako zamierzał być wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o wierność zawartych na łamach tego manifestu ideom i bezwarunkowego oddania sprawie. Oczekiwał tego od swoich podkomendnych, których wyznaczył do wykonania zaplanowanych pierwszych ataków. Jeśli oni chcą mieć jakąkolwiek przyszłość w powstającej organizacji i miejsce w nowym świecie muszą na to zasłużyć. Oczywiście, zawsze znajdą się ludzie, którzy ze wszystkich sił będą starali się ich powstrzymać – Brygadziści i z czasem jego koledzy po fachu, Aurorzy. Tego był całkowicie pewien. Gdyby był prawym człowiekiem, sam by tak postąpił na ich miejscu. Pozostawał jednak świadom, że tego samego zaczną oczekiwać od niego jego przełożeni.
Szczerze go to zainteresowało i dlatego oczekiwał więcej informacji na temat tego projektu. Może nie wszystkich konkretów, ale chociażby ogólnych informacji. Choćby po to, aby dostrzec kryjący się w nim potencjał i zaaprobować to rozwiązanie. Albo uznać je za niewarte zachodu. Jednego ani drugiego nie mógł wykluczyć. Na tym etapie nie było po co przedstawiać tego pomysłu Czarnemu Panu.
— Oby było warto — Odparł na te w dużej mierze niezadowalające go słowa. — To zrozumiałe. Nie chcesz przedstawić Lordowi Voldemortowi niepewnego lub niedopracowane sposobu na komunikację pomiędzy jego poplecznikami. Możesz wybrać do tych testów kilku Naśladowców — Zgodził się jednak co zasadności tych testów, biorąc pod uwagę zarówno skuteczność tego sposobu komunikacji, bezpieczeństwo osób posługujących się nim oraz decydujący głos Czarnego Pana.
— Słuszna uwaga — Przyznał rację temu czarodziejowi. Nad tą kwestią musiał się zastanowić. — Najwyżej w hierarchii stoi Czarny Pan, przed którym odpowiadają wyłącznie jego najwierniejsi słudzy – Prawa i Lewa Ręka. My. Wydaje mi zasadne, abyśmy z czasem wyłonili pośród jego popleczników tych, którzy mogliby zyskać pozycję powiedzmy... Kapitanów. Byliby to Śmierciożercy, którzy zdołali się wyróżnić w szeregach organizacji i którym można było przekazywać poważniejsze zadania. Niektórzy Naśladowcy mogliby uzyskać szansę na zostanie zaprzysiężonym na Śmierciożercę. Co o tym myślisz, Robercie? — Ostatecznie przedstawił mu swoją koncepcję na temat hierarchii pośród wszystkich popleczników Lorda Voldemorta, pozostawiając ją do omówienia podczas tego spotkania. Może jego towarzysz widział to zupełnie inaczej, niż on i chciał się wypowiedzieć. Na pewno miał swoje zdanie na kwestie awansu i ewentualnej degradacji sług Czarnego Pana. Dla niego było istotne, aby zwolennicy Lorda Voldemorta wierzyli w wyższość czarodziejów czystej krwi ponad innymi a osiągnięcie swoich prywatnych celów stawiali na drugim miejscu. Jak już zauważył, Robert kary cielesne zdawał się uważać za zbyt łagodne i wydawał się być zwolennikiem kary śmierci. On z zabijaniem nie miał żadnego problemu, jednak tym powinna być karana świadoma zdrada a nie nieposłuszeństwo. Nad nieposłusznymi jednostkami dało się odpowiednio pracować. Choć to nie oznaczało dawania im kolejnych szans na poprawę.
— Gdy o tym rozmawialiśmy, uznałem to rozwiązanie za słuszne. Wolałbym uniknąć posyłania ludzi na ulice magicznego Londynu i do Hogsmeade jako orędowników słusznej sprawy. Już wtedy stwierdziliśmy jednogłośnie, że istniałoby ryzyko, że zostaną aresztowani. Nie mogą też szeptać do uszu osób chcących ich wysłuchać. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy ktoś ich nie sprzeda Brygadzistom. Nie wspominałeś przypadkiem o rozprowadzanych w podziemiu broszurach? — Przypomniał swojemu rozmówcy swoje (wciąż podtrzymywane) stanowisko oraz wnioski, do których zdołali dojść w toku tamtej dyskusji. Jeszcze pamięć go nie zawodziła. Krążące po podziemiach świata czarodziejów to chyba najlepsze i nad wyraz bezpieczne dla nich wyjście. Takimi broszurami można dosłownie zasypać uczęszczane przez czarodziejów ulice.
— Z biegiem czasu mogą awansować w szeregach organizacji i być może wtedy Czarny Pan nagrodzi ich za wierną służbę. Mogą zyskać także potęgę, poznać moce jakich nigdy dotąd nie odkryli. Materialne korzyści mogą przyjść z czasem, ale nie możemy składać obietnic bez pokrycia.