Victoria uśmiechnęła się do Sophie sztucznie; doskonale wiedziała, że to metafora, zrozumiała, co chce jej powiedzieć, tyle, że Victoria uznała, że nie będzie się bawić w jej gierki i po prostu odpowie jej tak jak odpowiedziała… uśmiech obejmował również prośbę o gwałtowne ruchy. Gdyby była osobą, którą nieco łatwiej wyprowadzić z równowagi, to pewnie i na to by jej odpyskowała, ale… chyba ten uśmieszek musiał młodą wkurzyć nieco bardziej niż słowne utarczki. I dobrze, bo o to właśnie chodziło. Pozornie przyjemny uśmieszek, a jeśli miała ją za głupią to tym lepiej.
– Tak… Zobaczymy co uda się tutaj ugrać, możemy poprosić kapitana żeby poszukał tego Henriego całego, a w tym czasie zobaczymy ile uda się wyciągnąć z matki. Młoda to wrzód na dupie, jak dla mnie ostatnia osoba jeśli skończą nam się opcje. Jest uparta bardziej niż osioł i to zupełnie idiotycznie – tak, totalnie pasowałaby do osoby, która miała motyw żeby swojego ojca zabić… tyle, że bardzo źle to rozegrała od samego początku, więc tego nie kupiły i właściwie to się zdradziła już na starcie. – Może… Może też nie była zbyt wierna. Proponuję jej powiedzieć, że służąca o córka przyznały się do winy, ale żadna z nich tego nie popełniła. Zobaczymy co wtedy… – Victoria ciągle wzrokiem zjeżdżała na dziewczynę, by mieć pewność, że niczego nie kombinowała.
– Chodźmy we dwie. Mam wrażenie, że wtedy nam lepiej idzie – stwierdziła z przekąsem.