Może mu się wydawało, a może Leon wyglądał teraz jeszcze gorzej niż kiedyś? Nie pod względem uroku osobistego - tego mu nie ubyło, a wręcz przeciwnie. Wyprzystojniał. Chodziło o jego bladość, o wrażenie, że byle wiatr zdoła złamać go w pół, albo zabrać ze sobą - porwać do tańca jak pognieciony, niedoczytany nigdy do końca list wyrwany z dłoni panienki. Kiedy teraz o tym myślał to może wtedy też powinien to zobaczyć, a może wcale nie? Wspomnienia z czasów szkolnych, nawet jeśli nie aż tak odległe, opisane były tym dzieciństwem, który w jego mniemaniu nie był wymówką. Nie był, owszem, ale nie było żadną tajemnicą, że mądrość przychodziła z czasem, a ludzie potrzebowali dojrzałości, żeby niektóre sprawy zrozumieć i podejść do nich z dystansem.
- Proszę się tym nie martwić. - Lekko machnął dłonią, dając znać, że to sprawdzenie czasu to drobnostka. Wolał się upewnić, że ma go tyle, żeby właśnie dłuższą chwilę móc zagospodarować, a nie wskoczyć na pół godziny do baru. Zaśmiał się dźwięcznie na to stwierdzenie o głównej sali i fontannie. - Zaleca się zachowanie wszelkich środków ostrożności i trzymanie z dala od potencjalnych zbiorników wodnych. - Przykrył palcami usta pod koniec tego śmiechu. Nie, zdecydowanie samemu sobie NIE zalecał trzymania się z dala od zbiorników wodnych, ale to już prywatna przywara...
Rozejrzał się z ciekawością w środku, ściągając z siebie płaszcz. Nie bywał w takich miejscach prawie wcale, a picia piwa kremowego niekoniecznie było jego ulubionym wyborem. Prawdę mówiąc nawet nie wiedział do końca, czego się powinien spodziewać. Czy on tutaj w ogóle pasował? Poprawił swoją szytą na miarę koszulę zdobioną błękitną nicią - misternie dobrany materiał zdawał się nie ważyć więcej niż piórko opływające jego chude ciało, a głębsze wycięcie na plecach odsłaniało kawałek łopatek. Poprawił odruchowo fryzurę i poszedł do stolika za Leonem, pozwalając mu wybrać. Tak i ciekawsko spojrzał na ławę, na blat, wodził spojrzeniem po wystroju wnętrz.
- Och? Naprawdę związałeś się z Departamentem Istot Magicznych? - W Hogwarcie ciężko było mówić o tym, żeby mieli okazję porozmawiać, a tym bardziej popytać siebie: a kim chcesz zostać w przyszłooościi? Teraz Leon kupił od razu jego zainteresowanie, które zostało skutecznie odwrócone od samego wnętrza pubu. - Uczyłeś się pod tym kątem w Hogwarcie? Że też nie mieliśmy okazji się spotkać na dłużej... chyba dzieliło nas spora różnica roczników, prawda? - Laurent był hipokrytą, bo młodszym od siebie zazwyczaj powiedziałby nie, a im starszy tym większe jego zainteresowanie zbierał. I nie było mu z tym ani trochę źle! - Hoo... - Uśmiechnął się i aż błysnęły jego błękitne oczy. - Więc z ciepłej posady w Ministerstwie prosto do unieszkodliwiania groźnych duchów? Mocna zmiana. - Czy jego zdrowie na to pozwala..? Pytanie byłoby niegrzeczne. Czasem marzenia i plany pozostawały takimi, a rzeczywistość je niestety weryfikowała. - Dbam o rodzinny biznes w Keswick. - Nie dało się nie zauważyć przesmyknięcia dumy przez jego spojrzenie i uśmiech. Bo był dumny. Przecież czekała go świetlana przyszłość w tym zamku, był tego pewien. Sprosta oczekiwaniom ojca i zadba o wszystko, co potrzebne było do odziedziczenia po ojcu włości i odpowiedzialności. Wiedział też, że nie musi tłumaczyć o jakie Keswick chodzi. Skoro mężczyzna przed nim interesował się istotami magicznymi to nie mógł nie słyszeć o największej hodowli abraksanów sławnej na cały świat. - Abraksany to wyjątkowo trudne stworzenia, więc pracy jest co niemiara... - Nie powiedział tego tonem, jakby się skarżył, raczej wesołym, wskazującym na to, że z tej pracy się cieszy. I z wyzwań postawionych na jego drodze. Przynajmniej z tego jednego się cieszył.