17.06.2024, 20:21 ✶
Za sceną
Nie było żadnych szans, że dałby radę wytrzymać napięcie, gdyby tam został i się ukłonił. Chyba nigdy przez całe życie, nawet leżąc z kimś sam na sam w łóżku i pozwalając ocierać cię mu się ze sobą dusza o duszę, nie był tak skupiony na drugim człowieku jak pod koniec tego (w jego odczuciu) miernego widowiska. Powoli docierało do niego co się stało. Wracał do niego widok wlepionych w niego oczu. Dzieci z mieczykami, Alexandra, tego dziennikarza, masy ludzi których znał i cenił. Gdzieś tam stała Viorica i pewnie się śmiała, kiedy on próbował oddać się muzyce i wyobrażał sobie, że wcale nie znajduje się na Pokątnej, tylko w sypialni domku babci Waughy'ego, gdzie wpatrywała się w niego tylko jedna para oczu. Ta, której łatwo było zaufać. Klęczał tu teraz i trzymał się za brzuch, bo już kompletnie wypadł z roli. Z każdej roli jaką przyjmował. Nie miał na sobie żadnej maski, oprócz tej fizycznej, naklejonej bezpośrednio na jego twarz, żadnej osłony mogącej powstrzymać to jak pokazał Laurentowi na migi, że zaraz się zrzyga, bo nie był w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. Czuł się absolutnie, bezsprzecznie i boleśnie wręcz nagi (a o ironio - miał na sobie więcej warstw odzieży niż kiedykolwiek w ich wspólnej historii). Złapał dłonią za jego bark, ale od razu poczuł, że za cholerę się tak nie podniesie. Darował to sobie więc i wstał opierając się o bruk, ale tylko po to, żeby zawisnąć nad ulicznym koszem. Nawet nie spojrzał na tego kota. Nie z braku sympatii do zwierzaków, a właśnie z takiej myśli, że miał prawo na niego posyczeć ze strachu, ale raczej go nie udrapie (bo czemu?).
Pochyliwszy głowę w dół, momentalnie opróżnił treść żołądka, składającą się - kto by się spodziewał - głównie z wypitego alkoholu. Zawirowało mu w głowie, ale nie upadł.
- Dzięki - powiedział nagle, jak gdyby nigdy nic. Miał w kieszeni z dwadzieścia dowcipów z serii „bo na tobie jeszcze nigdy nie skakałem”, ale nie miał w tej chwili odwagi... I dobrze, jakby Alexander to usłyszał, Laurent pewnie straciłby możliwość chodzenia i do końca życia musiałby otrzymywać posiłki przez słomkę. A później po prostu oboje by zdechli, bo Alexander dowiedziałby się, że przez tę słomkę karmi go Flynn.
Podniósł głowę, wycierając usta o ten absurdalny płaszcz, który i tak zdjął z siebie już teraz. Razem z maską. Szumiało mu w głowie i nie do końca pamiętał po co Prewett tutaj był...?
- Ah... Pierścionek. Mam dla ciebie pierścionek - przypomniał sobie głośno.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.