17.06.2024, 20:33 ✶
Nawet nie kontynuował tematu Stacha, bo przecież oczywistym było, że ktoś taki jak Victoria nie zniżyłby się do poziomu przespania się z Borginem. Chociaż skłamałby, gdyby powiedział, że na chwilę nie stanęło mu serce, zanim nie zaczaił, że Vika miała na myśli faktyczne ogórki. O kiszenie ogórów też jej nie podejrzewał, ale akurat w to był skłonny bardziej uwierzyć, niż w Stacha. Chyba.
- Ach, Atreus... Nie wiedziałem, że jest fanatykiem ogórków. Chociaż mam wrażenie, że każdy kto przebywa z Borginem dłużej, zaczyna lubić ich smak. Sam zacząłem je jeść - powiedział, nieco markotniejąc. Był zły, że Stanley tak po prostu wypierdolił i teraz wszyscy go szukali. No, może nie wszyscy, bo Brygada i Aurorzy, ale dla Aidana to było jak wszyscy.
Gdy tak szli, odpowiadał grzecznie na wszystkie pytania, chociaż przy pytaniach o ojca i matkę trochę się krzywił. Vice odpowiedział zdawkowo, że nie ma pojęcia co u nich ostatnio, bo jest zawalony pracą, lecz przecież Lestrange doskonale wiedziała, że to było kłamstwo. Aidan co prawda miał dużo roboty, fakt, ale wynikało to z tego, że się opierdalał równo. Zrzucał na innych pisanie raportów, kręcił nosem na wlepianie mandatów za złe parkowanie mioteł. Czasem, naprawdę czasem, rzucał się w wir prawdziwej pracy, gdy trzeba było zrobić coś większego, zwykle na pograniczu legalności. W tym był dobry - w balansowaniu na granicy szarości. Zgrabnie przeskakiwał między kolejnymi odcieniami, co zapewne było wpływem Borgina, a może i wynikało z jego rodowodu? Matka Aidana była z Malfoyów, a oni przecież należeli do pięknych, starych i czystokrwistych rodów, znanych ze swojej niechęci do niektórych grup społecznych. Społecznokrwistych. I co prawda Parkinson zdawał się nie lubić wszystkich jednakowo, to cholera wie, co mu tam we łbie tak naprawdę siedziało.
- A co myślałaś, że zamknę cię w lodówce? - zapytał z kpiącym uśmieszkiem, poprawiając kołnierzyk znoszonej kurtki. Puścił damę przodem, a sam jeszcze na wszelki wypadek rozejrzał się, czy nikt za nimi nie lezie, zanim nie zniknął w tunelu. - Miło wiedzieć, że mimo tego całego syfu po Beltane nadal masz poczucie humoru.
No bo przecież hasło czy okoń jako koń bez o to były żarty pierwszej wody, najlepszego sortu. Serce by mu pękło, gdyby Victorii wyssano nie tylko życie, ale i poczucie humoru. Ruszył za kuzynką, która wydawała się być oszołomiona faktem, że do klubu można zejść przez lodówkę. A może...
- VIKA! - Aidan szarpnął się, wyciągnął ręce i spróbował pochwycić Victorię, która niebezpiecznie się zachwiała, ewidentnie nie trafiając w schodek. Zacisnął palce na jej ramionach, by szarpnąć ją mocno w tył, w swoją stronę, i przytulić do klatki piersiowej. Serce biło mu jak oszalałe: dawno nie czuł takiego strachu. - Jasny chuj, chcesz żebym na zawał zszedł?! Najpierw prawa noga, potem lewa, i w dół powoli.
Odrobinę poluzował uścisk, bo przecież nie chciał ani popsuć jej ślicznej sukienki, ani nabić jej siniaków (czy w jej żyłach nadal płynęła krew? Mogła sobie zrobić siniaka? Ach, tyle pytań...)
- Wszystko w porządku? - dopytał ciszej. Bo oczywiście że kurwa nie było w porządku, ale bardzo by chciał, żeby odpowiedziała mu twierdząco.
- Ach, Atreus... Nie wiedziałem, że jest fanatykiem ogórków. Chociaż mam wrażenie, że każdy kto przebywa z Borginem dłużej, zaczyna lubić ich smak. Sam zacząłem je jeść - powiedział, nieco markotniejąc. Był zły, że Stanley tak po prostu wypierdolił i teraz wszyscy go szukali. No, może nie wszyscy, bo Brygada i Aurorzy, ale dla Aidana to było jak wszyscy.
Gdy tak szli, odpowiadał grzecznie na wszystkie pytania, chociaż przy pytaniach o ojca i matkę trochę się krzywił. Vice odpowiedział zdawkowo, że nie ma pojęcia co u nich ostatnio, bo jest zawalony pracą, lecz przecież Lestrange doskonale wiedziała, że to było kłamstwo. Aidan co prawda miał dużo roboty, fakt, ale wynikało to z tego, że się opierdalał równo. Zrzucał na innych pisanie raportów, kręcił nosem na wlepianie mandatów za złe parkowanie mioteł. Czasem, naprawdę czasem, rzucał się w wir prawdziwej pracy, gdy trzeba było zrobić coś większego, zwykle na pograniczu legalności. W tym był dobry - w balansowaniu na granicy szarości. Zgrabnie przeskakiwał między kolejnymi odcieniami, co zapewne było wpływem Borgina, a może i wynikało z jego rodowodu? Matka Aidana była z Malfoyów, a oni przecież należeli do pięknych, starych i czystokrwistych rodów, znanych ze swojej niechęci do niektórych grup społecznych. Społecznokrwistych. I co prawda Parkinson zdawał się nie lubić wszystkich jednakowo, to cholera wie, co mu tam we łbie tak naprawdę siedziało.
- A co myślałaś, że zamknę cię w lodówce? - zapytał z kpiącym uśmieszkiem, poprawiając kołnierzyk znoszonej kurtki. Puścił damę przodem, a sam jeszcze na wszelki wypadek rozejrzał się, czy nikt za nimi nie lezie, zanim nie zniknął w tunelu. - Miło wiedzieć, że mimo tego całego syfu po Beltane nadal masz poczucie humoru.
No bo przecież hasło czy okoń jako koń bez o to były żarty pierwszej wody, najlepszego sortu. Serce by mu pękło, gdyby Victorii wyssano nie tylko życie, ale i poczucie humoru. Ruszył za kuzynką, która wydawała się być oszołomiona faktem, że do klubu można zejść przez lodówkę. A może...
- VIKA! - Aidan szarpnął się, wyciągnął ręce i spróbował pochwycić Victorię, która niebezpiecznie się zachwiała, ewidentnie nie trafiając w schodek. Zacisnął palce na jej ramionach, by szarpnąć ją mocno w tył, w swoją stronę, i przytulić do klatki piersiowej. Serce biło mu jak oszalałe: dawno nie czuł takiego strachu. - Jasny chuj, chcesz żebym na zawał zszedł?! Najpierw prawa noga, potem lewa, i w dół powoli.
Odrobinę poluzował uścisk, bo przecież nie chciał ani popsuć jej ślicznej sukienki, ani nabić jej siniaków (czy w jej żyłach nadal płynęła krew? Mogła sobie zrobić siniaka? Ach, tyle pytań...)
- Wszystko w porządku? - dopytał ciszej. Bo oczywiście że kurwa nie było w porządku, ale bardzo by chciał, żeby odpowiedziała mu twierdząco.