Zanim jakaś kolejna błyskotliwa odpowiedź zrodziła się w jego głowie to była potrzeba działania. Zawsze tak funkcjonował. Działanie. W sytuacjach krytycznych należało działać, wziąć panowanie nad sytuacją w swoje ręce. Tutaj ciężko było nad tym panować. Nie wiedział, co opętało Flynna, ale "stres" było pierwszą sugestywną odpowiedzią. Osoba, która była na scenie... ale może coś się na tej scenie wydarzyło, kiedy nie patrzył? Przesunął się obok niego, żeby pomóc mu chociaż trochę - chciał mu pomóc podnieść się z tych kolan, ale to chyba niewiele pomogło - wbrew temu, jaki smukły był Flynn to swoje ważył. I to naprawdę SPORO jak na marne ramiona Laurenta. Więc zamiast próbować go podnosić po prostu poszedł obok niego i złapał jego roztrzepane włosy, zaciągnął je do tyłu, żeby ich nie zarzygał. Chociaż sam odwrócił wzrok, bo już mu się niedobrze zrobiło i wstrzymał odruchowo oddech. A kiedy już przestało go zginać i szarpać to faktycznie spróbował go trochę złapać, żeby mógł się na nim podeprzeć i odciągnąć go od tego kosza, żeby nad nim nie wisiał... Woda..? Rozejrzał się z jakąś nadzieją, że będzie tutaj jakiś stolik dla występujących czy cokolwiek... byle nie wódka ani nic takiego. Tego chyba temu panu wystarczyło.
- Zaczynam widzieć schemat - wymiotowanie u mojego boku... - Tak, znowu chciał zażartować, wyrzucając tę myśl ze swojej głowy, ale powiedział to nieco nerwowo. Podstawił mu ten stołek, na którym siedział, pod ramię, żeby się na nim oparł i może niekoniecznie leżał tu plaskaczem na tej brudnej ziemi... chociaż chyba jemu już niekoniecznie cokolwiek przeszkadzało. Przynajmniej wyglądał na człowieka, który swój najgorszy problem wypluł właśnie z żołądka. Spojrzał na niego ze zmartwieniem i troską. - Jest tu gdzieś woda? Mam tu jedną... ale nie jestem przekonany, że nadaje się do picia. - Wyciągnął z koszyka butelkę z wodę BŁOGOSŁAWIONĄ PRZEZ MATKĘ (cokolwiek to znaczyło). Laurent był religijny, uważał, że nie da się zaprzeczyć istnienia Matki, ale niekoniecznie przykładał wielką wagę do samych instytucji. Odkręcił butelkę... pachniała jak zwykła woda. Spojrzał z powątpieniem na Flynna i wyciągnął butelkę do niego - szklaną, piękną, zdobioną. - Możesz sobie chociaż przepłukać usta... - Bo posmak rzygów zawsze był paskudny, a już szczególnie po alkoholu. Tym nie mniej spodziewał się tego, że może też tę wodę wypić.
- Mówiłem ci, żebyś mi go nie oddawał. - Lekka irytacja pobrzmiała w jego głosie, odetchnął ciężko, z tą frustracją wybijającą się z tego dźwięku. Sam natomiast wyciągnął opakowanie ślicznych pralinek. Kucnął przy Flynnie i wyciągnął je dla niego. - Co prawda były bez okazji, ale fani mają zwyczaj wręczania kwiatów i łakoci swoim ulubionym artystom za piękne występy. - Uśmiechnął się ciepło.