Echo gubiło sens kroków oraz żywiołowej rozmowy, w której w tym wypadku nie było już śliskiego chichotu cherubinka. Był za to ten losu. Żaden z głosów, za którymi podążał Erik nie należał do jego randk. Mógł jednak wyczuć, że dwóch mężczyzn o coś się kłóci i próbuje utrzymać ściszony głos.
Korytarz początkowo wyglądał jak zwykłe przejście, a obracając się ku przejściu z lustrem, Erik mógł dojrzeć, że zostało wcześniej zaplanowane jako drzwi i nawet ma framugę. Ot słabo oświetlony korytarz, przy czym słabo stanowiło eufemizm do wcale, nie licząc światła z garderoby i echa światła różdżki, które podążało razem z ciężkimi krokami dwóch osób.
Trach.
Ciężki dźwięk otwieranej, metalowej, zardzewiałej bramy, dźwięk zamykanej bramy i... Chlupot wody. Cóż to były, paryskie katakumby? Może prawdziwy upiór w operze miał mieć miejsce w teatrze Selwynów. Czy Erik dobrze się kierował? Nie było innej drogi, tylko prosty korytarz i długie, kręcone schody w dół, które napotkał, ziejące wilgocią i ciemnością.
W świetle, jeśli zdecydował się zapalić swoją różdżkę, bo innego źródła nie było, mógł dostrzec, że to jakaś stara część budynku, nieużywana. Na ścianach były zacieki, a podłoga została zamieciona z kurzu tylko pobieżnie, tak że ślady butów, w obie strony, odciskały się płytko na szarych smugach. Cztery ślady, dwa w jedną, dwa w drugą, przy czym te powracające w głębiny teatru, a przynajmniej jedne, zdawały się jakieś nierówne.
Tik-tak, tik-tak.