18.06.2024, 08:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.06.2024, 08:33 przez The Lightbringer.)
Za sceną
Ogień uspokoił się, ale tylko pozornie: wciąż rozsadzał przecież żyły Jima, pijanego pożogą. Przedstawienie dobiegło końca.
Kiedy Jim patrzył na występ Flynna, pochłonięty przyzywaniem ognia, czuł się tak, jak gdyby żywiołem - tańcującym w nim, i wokół niego, reagującym żywo na każde, choćby najdrobniejsze poruszenie Edge'a - targały te same emocje. Emocje ewokowane ruchem, gestem, ekspresją - nie musiał ich racjonalizować, nie musiał ich nawet rozumieć, po prostu czuł - tak jak czuli to wszyscy widzowie.
Jim próbował kiedyś wstąpić do seminarium, ale nigdy tak naprawdę nie chciał być księdzem. Nie miał w sobie kaznodziejskiego charyzmatu, choć czuł w środku przyjemne ciepło, gdy ktoś chwalił, że ma dobry głos - wyobrażał sobie wtedy, że mógłby poświęcić życie głoszeniu Pisma na najdalszych krańcach świata, wracając do domu na niedzielę, by zaśpiewać w chórze lokalnej parafii kończącą antyfonę - nie, Jim nie chciał być księdzem, on chciał zostać mnichem. Zawsze preferował podania mistyków, idealizował duchowość karmelicką, i sam pragnął wstąpić w ich szeregi: zostać jednym z anonimowych braci zakonnych, pochłoniętych w cichej kontemplacji Boga.
Dopiero w chwilach takich jak ta, widział, jak bardzo egoistyczne były jego marzenia. Widział egoizm w pragnieniu odcięcia się od tego, co ziemskie - od wszelkich przywiązań, nie tylko materialnych, ale i duchowych - w zdystansowaniu się od piękna świata, i żyjących w nim ludzi. Jakaż byłaby to strata, pozbawiać samego siebie możliwości współodczuwania - jakaż strata, porzucić drugiego człowieka, stworzonego przecież na boskie podobieństwo.
Sztuka powinna poruszać serca, tak jak Bóg, a ty wprawiłeś serca tych ludzi w rzadkie drżenie tak chciał powiedzieć Edge'owi, kiedy tamten zszedł że sceny, ale brat gdzieś zniknął... Więc Jim poszedł go szukać, z koszulą przewieszoną przez ramię, i głową pełną przemyśleń, licząc, że nie znajdzie go pogrążonego w ataku paniki po tak wspaniałym występie. Przeliczył się.
- CZY TY BOGA W SERCU NIE MASZ?! - zagrzmiał Jim, otwierając szerzej oczy na widok nieznajomego blondyna, pochylającego się nad wspartym o ziemię Flynnem, zdjętym jakąś chorobą: na początku po prostu szedł w ich stronę w milczeniu, lekko przyspieszonym krokiem, zmartwiony dziwnie nieskoordynowanymi ruchami brata, ale wtem, dostrzegł bluźnierczą butelkę z wodą BŁOGOSŁAWIONĄ PRZEZ MATKĘ i szybko dopowiedział sobie, co mogło być przyczyną słabości brata. W jednej chwili był przy nich. - Ty wężu podły, co kusisz wiecznie fałszywymi obietnicami, Ty Cainie w skórze Abla, ty Judaszu pierdzący w stołek w wieczerniku... Zrobię ci zaraz z dupy schizmę, jakiej kościół święty jeszcze nie widział, tylko go dotknij.
Oczy Jima płonęły niebezpiecznie, kiedy zwrócił się do nieznajomego. Uniósł dłoń, splatając zaklęcie, które rozgrzało butelkę, trzymaną przez blondyna, aż woda ewaporowała z cichym sykiem. Każdy, kto pije tę wodę, znowu pragnąć będzie; ale kto napije się wody, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, powtarzał w myślach wciąż lekko oszołomiony Jim, próbując odnaleźć w znajomym brzmieniu słów Pana potrzebną mu pociechę i ukojenie: wiara była gromnicą, która trzymała w ryzach ognistą burzę jego gniewu. Obrzucił towarzyszącego Flynnowi mężczyznę - chłopaka, tak właściwie - bacznym spojrzeniem, próbując odczytać jego intencje. Anioł czy demon? Och, jakże łatwo było się pomylić. Zwłaszcza, że wydawał się oferować pomocną dłoń, a trzymał w niej truciznę.
- On coś ci zrobił? - Na pytania przyjdzie czas później, teraz musiał jakoś doprowadzić Flynna do stanu względnej używalności: również przykucnął, by wesprzeć brata ramieniem, zachęcając, by ten oparł się na jego barkach. Jim był mniej więcej wzrostu Laurenta, ale akurat siły mu nie brakowało. - Będziesz jeszcze rzygał? - przyłożył rękę do czoła brata, żeby sprawdzić, czy ten nie ma gorączki. Może zwyczajnie zachlał - może zżarł coś, co leżało trochę za długo na ziemi - może to był tylko stres, a nie nic poważniejszego, nieważne: Jim nauczył się, że z rodzeństwem zawsze warto było się choć trochę pocackać. Omiótł spojrzeniem lekko poszarzałą twarz Flynna. Próbował przekonać samego siebie, że dobrze się stało, że Edge wystąpił, choć patrząc na umęczonego brata, nie miał wcale takiej pewności. Nie wiedział, co powie na to wszystko Alexander. Gdzie on w ogóle był? - Było w pytę, następnym razem zapowie się po prostu rzygacza ognia, nie połykacza ognia. - rzucił cicho, w stronę Flynna próbując zażartować.
Jim nie był Jezusem, więc nie mógł zbawić świata, ale musiał przynajmniej spróbować.
Kimkolwiek był ten niepokojący blondyn, przypominający cherubiny z renesansowych obrazów, w oczach Jima przynależał do niechlubnego grona nie tyle przeciwników wiary, co przeciwników życia, i to w samym jego zalążku.
Pierwsze zetknięcie Jima z duchowością magiczną pozostawiło go nieufnym - ach, zapalczywa młodość, pełna snów o krucjatach w imię wiary, nie znająca w niczym umiaru - zapalczywy chłopak, który doświadczał świata z perspektywy na wskroś katolickiej, nierzadko zakrawającej o dogmatyzm, widział w praktykach czarodziejskich grzech wołający o pomstę do nieba. Z czasem zdołał jednak oswoić się z dziwnym magicznym obrządkiem: obecność pogańskich naleciałości - choćby oddawanie pokłonu naturze i cyklom przyrody - dawno złożył na karb ignorancji czarodziejów, był też pełen nadziei, gdy odkrył echa kultu maryjnego w kulcie Matki, przekonany, że misjonarskie posłannictwo uczniów Chrystusa przynajmniej w pewnym stopniu przetrwało próbę czasu. Jim chciał w to wierzyć - w życiu natrafił na wielu ludzi niewierzących, którzy niejednokrotnie okazywali się być lepszymi chrześcijanami od jego braci w wierze, jak w opowieści o miłosiernym Samarytaninie - ale wydarzenia z ostatnich miesięcy zmusiły go do zmiany nastawienia. Ofiary z ludzi - najpierw na Beltane, potem na Lithcie - sekta śmierciożerców, skupiona wokół kogoś, kto odwoływał się "Panem", kult fałszywej "Matki"... To wszystko wydawało się być na jakiś tajemniczy sposób ze sobą powiązane: wszystkie te okrucieństwa były zaś zaprzeczeniem miłości uosabianej przez Boga Jima.
Ja ci dam tolerancję, ty husyto zatracony. Ja ci dam dialog międzyreligijny. Pierdolę cały ten magiczny ekumenizm.
- Ty heretycka pijawko żerująca na arterii zbawienia: z krwią z mojej krwi chcesz zadzierać? - Jim nie miał pojęcia, kim jest nieznajomy, ale jeżeli to był ktoś z przeszłości jego brata - przeszłości niechlubnej, w której dopuszczał się "złych rzeczy" - niech wie, że nikt z cyrku łatwo nie odpuści Flynna. Odwrócił się do blondwłosego mężczyzny plecami. - Nie wystarczyło wam złożyć biednej, młodej dziewczyny w ofierze - dla tej nierządnicy babilońskiej - dla tego obmierzłego demona, który śmie się zwać "Matką", urągając czci Matki Boskiej, Maryi? - spytał pogardliwie. - Sam sobie pij te szczyny zbierane z latryn po sabatach. - Musiał się skupić na Flynnie, który wyglądał równie nędznie jak anioł oskubany z pierza: zaczął od podania mu bukłaczka z PRAWDZIWĄ ŚWIĘCONĄ WODĄ. Kiedyś nosił w nim whisky, ale odkąd przestał pić... - Zmiataj. Pomodlę się za twoją nieśmiertelną duszę, by odnalazła drogę do Domu Ojca - pożegnał ostro nieznajomego - który wciąż był obok, wciąż niepokojąco blisko - nie patrząc na jego reakcję.
No wiem, wiem, "zło dobrem zwyciężaj", ale daj żyć, Panie Jezu.
Ogień uspokoił się, ale tylko pozornie: wciąż rozsadzał przecież żyły Jima, pijanego pożogą. Przedstawienie dobiegło końca.
Kiedy Jim patrzył na występ Flynna, pochłonięty przyzywaniem ognia, czuł się tak, jak gdyby żywiołem - tańcującym w nim, i wokół niego, reagującym żywo na każde, choćby najdrobniejsze poruszenie Edge'a - targały te same emocje. Emocje ewokowane ruchem, gestem, ekspresją - nie musiał ich racjonalizować, nie musiał ich nawet rozumieć, po prostu czuł - tak jak czuli to wszyscy widzowie.
Jim próbował kiedyś wstąpić do seminarium, ale nigdy tak naprawdę nie chciał być księdzem. Nie miał w sobie kaznodziejskiego charyzmatu, choć czuł w środku przyjemne ciepło, gdy ktoś chwalił, że ma dobry głos - wyobrażał sobie wtedy, że mógłby poświęcić życie głoszeniu Pisma na najdalszych krańcach świata, wracając do domu na niedzielę, by zaśpiewać w chórze lokalnej parafii kończącą antyfonę - nie, Jim nie chciał być księdzem, on chciał zostać mnichem. Zawsze preferował podania mistyków, idealizował duchowość karmelicką, i sam pragnął wstąpić w ich szeregi: zostać jednym z anonimowych braci zakonnych, pochłoniętych w cichej kontemplacji Boga.
Dopiero w chwilach takich jak ta, widział, jak bardzo egoistyczne były jego marzenia. Widział egoizm w pragnieniu odcięcia się od tego, co ziemskie - od wszelkich przywiązań, nie tylko materialnych, ale i duchowych - w zdystansowaniu się od piękna świata, i żyjących w nim ludzi. Jakaż byłaby to strata, pozbawiać samego siebie możliwości współodczuwania - jakaż strata, porzucić drugiego człowieka, stworzonego przecież na boskie podobieństwo.
Sztuka powinna poruszać serca, tak jak Bóg, a ty wprawiłeś serca tych ludzi w rzadkie drżenie tak chciał powiedzieć Edge'owi, kiedy tamten zszedł że sceny, ale brat gdzieś zniknął... Więc Jim poszedł go szukać, z koszulą przewieszoną przez ramię, i głową pełną przemyśleń, licząc, że nie znajdzie go pogrążonego w ataku paniki po tak wspaniałym występie. Przeliczył się.
- CZY TY BOGA W SERCU NIE MASZ?! - zagrzmiał Jim, otwierając szerzej oczy na widok nieznajomego blondyna, pochylającego się nad wspartym o ziemię Flynnem, zdjętym jakąś chorobą: na początku po prostu szedł w ich stronę w milczeniu, lekko przyspieszonym krokiem, zmartwiony dziwnie nieskoordynowanymi ruchami brata, ale wtem, dostrzegł bluźnierczą butelkę z wodą BŁOGOSŁAWIONĄ PRZEZ MATKĘ i szybko dopowiedział sobie, co mogło być przyczyną słabości brata. W jednej chwili był przy nich. - Ty wężu podły, co kusisz wiecznie fałszywymi obietnicami, Ty Cainie w skórze Abla, ty Judaszu pierdzący w stołek w wieczerniku... Zrobię ci zaraz z dupy schizmę, jakiej kościół święty jeszcze nie widział, tylko go dotknij.
Oczy Jima płonęły niebezpiecznie, kiedy zwrócił się do nieznajomego. Uniósł dłoń, splatając zaklęcie, które rozgrzało butelkę, trzymaną przez blondyna, aż woda ewaporowała z cichym sykiem. Każdy, kto pije tę wodę, znowu pragnąć będzie; ale kto napije się wody, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, powtarzał w myślach wciąż lekko oszołomiony Jim, próbując odnaleźć w znajomym brzmieniu słów Pana potrzebną mu pociechę i ukojenie: wiara była gromnicą, która trzymała w ryzach ognistą burzę jego gniewu. Obrzucił towarzyszącego Flynnowi mężczyznę - chłopaka, tak właściwie - bacznym spojrzeniem, próbując odczytać jego intencje. Anioł czy demon? Och, jakże łatwo było się pomylić. Zwłaszcza, że wydawał się oferować pomocną dłoń, a trzymał w niej truciznę.
- On coś ci zrobił? - Na pytania przyjdzie czas później, teraz musiał jakoś doprowadzić Flynna do stanu względnej używalności: również przykucnął, by wesprzeć brata ramieniem, zachęcając, by ten oparł się na jego barkach. Jim był mniej więcej wzrostu Laurenta, ale akurat siły mu nie brakowało. - Będziesz jeszcze rzygał? - przyłożył rękę do czoła brata, żeby sprawdzić, czy ten nie ma gorączki. Może zwyczajnie zachlał - może zżarł coś, co leżało trochę za długo na ziemi - może to był tylko stres, a nie nic poważniejszego, nieważne: Jim nauczył się, że z rodzeństwem zawsze warto było się choć trochę pocackać. Omiótł spojrzeniem lekko poszarzałą twarz Flynna. Próbował przekonać samego siebie, że dobrze się stało, że Edge wystąpił, choć patrząc na umęczonego brata, nie miał wcale takiej pewności. Nie wiedział, co powie na to wszystko Alexander. Gdzie on w ogóle był? - Było w pytę, następnym razem zapowie się po prostu rzygacza ognia, nie połykacza ognia. - rzucił cicho, w stronę Flynna próbując zażartować.
Jim nie był Jezusem, więc nie mógł zbawić świata, ale musiał przynajmniej spróbować.
Kimkolwiek był ten niepokojący blondyn, przypominający cherubiny z renesansowych obrazów, w oczach Jima przynależał do niechlubnego grona nie tyle przeciwników wiary, co przeciwników życia, i to w samym jego zalążku.
Pierwsze zetknięcie Jima z duchowością magiczną pozostawiło go nieufnym - ach, zapalczywa młodość, pełna snów o krucjatach w imię wiary, nie znająca w niczym umiaru - zapalczywy chłopak, który doświadczał świata z perspektywy na wskroś katolickiej, nierzadko zakrawającej o dogmatyzm, widział w praktykach czarodziejskich grzech wołający o pomstę do nieba. Z czasem zdołał jednak oswoić się z dziwnym magicznym obrządkiem: obecność pogańskich naleciałości - choćby oddawanie pokłonu naturze i cyklom przyrody - dawno złożył na karb ignorancji czarodziejów, był też pełen nadziei, gdy odkrył echa kultu maryjnego w kulcie Matki, przekonany, że misjonarskie posłannictwo uczniów Chrystusa przynajmniej w pewnym stopniu przetrwało próbę czasu. Jim chciał w to wierzyć - w życiu natrafił na wielu ludzi niewierzących, którzy niejednokrotnie okazywali się być lepszymi chrześcijanami od jego braci w wierze, jak w opowieści o miłosiernym Samarytaninie - ale wydarzenia z ostatnich miesięcy zmusiły go do zmiany nastawienia. Ofiary z ludzi - najpierw na Beltane, potem na Lithcie - sekta śmierciożerców, skupiona wokół kogoś, kto odwoływał się "Panem", kult fałszywej "Matki"... To wszystko wydawało się być na jakiś tajemniczy sposób ze sobą powiązane: wszystkie te okrucieństwa były zaś zaprzeczeniem miłości uosabianej przez Boga Jima.
Ja ci dam tolerancję, ty husyto zatracony. Ja ci dam dialog międzyreligijny. Pierdolę cały ten magiczny ekumenizm.
- Ty heretycka pijawko żerująca na arterii zbawienia: z krwią z mojej krwi chcesz zadzierać? - Jim nie miał pojęcia, kim jest nieznajomy, ale jeżeli to był ktoś z przeszłości jego brata - przeszłości niechlubnej, w której dopuszczał się "złych rzeczy" - niech wie, że nikt z cyrku łatwo nie odpuści Flynna. Odwrócił się do blondwłosego mężczyzny plecami. - Nie wystarczyło wam złożyć biednej, młodej dziewczyny w ofierze - dla tej nierządnicy babilońskiej - dla tego obmierzłego demona, który śmie się zwać "Matką", urągając czci Matki Boskiej, Maryi? - spytał pogardliwie. - Sam sobie pij te szczyny zbierane z latryn po sabatach. - Musiał się skupić na Flynnie, który wyglądał równie nędznie jak anioł oskubany z pierza: zaczął od podania mu bukłaczka z PRAWDZIWĄ ŚWIĘCONĄ WODĄ. Kiedyś nosił w nim whisky, ale odkąd przestał pić... - Zmiataj. Pomodlę się za twoją nieśmiertelną duszę, by odnalazła drogę do Domu Ojca - pożegnał ostro nieznajomego - który wciąż był obok, wciąż niepokojąco blisko - nie patrząc na jego reakcję.
No wiem, wiem, "zło dobrem zwyciężaj", ale daj żyć, Panie Jezu.
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić