18.06.2024, 16:47 ✶
Ani puchate okrycie, ani ogień nie oferowały ciepła. Ręka otulająca kocem, która miała nieść komfort i ukojenie, posyłała jedynie kolejny dreszcz wzdłuż kręgosłupa Jagody. Jakby ręka Antosi ulepiona była z lepkiej, porannej mgły, nie żywego ciała.
— Binns, nazywam się Binns.
Głos gospodarza docierał do czarownicy jak zza grubej zasłony. Jej powieki unosiły się coraz mniej chętnie, głowa coraz bardziej ciążyła, rzeczywistość traciła ostrość. Słowa towarzyszy wieczora stawały się coraz mniej zrozumiałe. Momentami nie pobrzmiewały już nawet ludzkim głosem, jakby to ptaki i wicher debatowały przy niej świergotem, szumem i szelestem leśnej melodii.
Z tego stanu wyrwał kobietę głos jednej z dziewcząt:
— Czy to senność cię ogarnia? Pozwól, zaprowadzę cię do pokoju.
Jagodę owionął oddech mówiącej, tchnienie mokrej ziemi i mchu. To Gryzelda pochylała się nad nią, jej twarz ledwie centymetry od twarzy czarownicy. Brodzki mogła świetnie przyjrzeć się tym płytkim oczom, które niczym parę koralików ktoś wprawił w bladą twarz; a w szklanych koraliczkach nie było nic, żadnej psotnej iskierki duszy.
Rudowłosa nie czekała długo na potwierdzenie, chwyciła Jagę za nadgarstek i pociągnęła ją w głąb dworku.
— Dobrej nocy! — zawołał za nimi Binns.
Mimo że aby je pożegnać, stary odwrócił głowę od ognia, w jego oczach wciąż odbijały się trzaskające w kominku płomienie. Reszty córek już z nim nie było.
Wyglądało na to, że gdy ta wesoła gromada cieszyła się przemiłym wieczorem, wypaliły się wszystkie świece, które uprzednio zdobiły przytulną sień i odchodzące od niej korytarzyki. Dom przeistoczył się w pogrążony w półmroku labirynt, w którym jedynym przewodnikiem czarownicy była biegnąca przed nią Gryzelda. Odwracała co chwilę roześmianą buzię, aby upewnić się, że Brodzki wciąż za nią idzie. Choć… momentami Jagoda mogła mieć wrażenie, że to Antosia ją prowadzi, a może… może to była Milcenta? Czwarta siostra?
Dziewczęce chichoty rozlegały się co jakiś czas w pustych korytarzach. Raz docierały do niej zza pleców, raz z boków. Czasem sączyły się spomiędzy milimetrowych szczelin parkietu, w drugiej chwili rezonowały w ścianach.
Wtem siostra zatrzymała się i obróciła do niej. Jej twarz spowijała migocząca mgiełka, układająca się co raz to w inne rysy, nigdy kompletną osobę. Niby fluktuujący majak nie do końca zdecydowany o tym, jaką formę przybrać. Dziewczyna wyciągnęła ku Brodzki rękę, a mgła rzeźbić zaczęła w obliczu istoty twarz samej Jagody.
— Chciałabyś tu zamieszkać, Jago? — Słodki, lepki szept tuż przy jej uchu, choć stojąca przed nią kopia jej samej nie poruszyła ustami. — Zostań. Czy nie dobrze nam dziś było?
— Binns, nazywam się Binns.
Głos gospodarza docierał do czarownicy jak zza grubej zasłony. Jej powieki unosiły się coraz mniej chętnie, głowa coraz bardziej ciążyła, rzeczywistość traciła ostrość. Słowa towarzyszy wieczora stawały się coraz mniej zrozumiałe. Momentami nie pobrzmiewały już nawet ludzkim głosem, jakby to ptaki i wicher debatowały przy niej świergotem, szumem i szelestem leśnej melodii.
Z tego stanu wyrwał kobietę głos jednej z dziewcząt:
— Czy to senność cię ogarnia? Pozwól, zaprowadzę cię do pokoju.
Jagodę owionął oddech mówiącej, tchnienie mokrej ziemi i mchu. To Gryzelda pochylała się nad nią, jej twarz ledwie centymetry od twarzy czarownicy. Brodzki mogła świetnie przyjrzeć się tym płytkim oczom, które niczym parę koralików ktoś wprawił w bladą twarz; a w szklanych koraliczkach nie było nic, żadnej psotnej iskierki duszy.
Rudowłosa nie czekała długo na potwierdzenie, chwyciła Jagę za nadgarstek i pociągnęła ją w głąb dworku.
— Dobrej nocy! — zawołał za nimi Binns.
Mimo że aby je pożegnać, stary odwrócił głowę od ognia, w jego oczach wciąż odbijały się trzaskające w kominku płomienie. Reszty córek już z nim nie było.
Wyglądało na to, że gdy ta wesoła gromada cieszyła się przemiłym wieczorem, wypaliły się wszystkie świece, które uprzednio zdobiły przytulną sień i odchodzące od niej korytarzyki. Dom przeistoczył się w pogrążony w półmroku labirynt, w którym jedynym przewodnikiem czarownicy była biegnąca przed nią Gryzelda. Odwracała co chwilę roześmianą buzię, aby upewnić się, że Brodzki wciąż za nią idzie. Choć… momentami Jagoda mogła mieć wrażenie, że to Antosia ją prowadzi, a może… może to była Milcenta? Czwarta siostra?
Dziewczęce chichoty rozlegały się co jakiś czas w pustych korytarzach. Raz docierały do niej zza pleców, raz z boków. Czasem sączyły się spomiędzy milimetrowych szczelin parkietu, w drugiej chwili rezonowały w ścianach.
Wtem siostra zatrzymała się i obróciła do niej. Jej twarz spowijała migocząca mgiełka, układająca się co raz to w inne rysy, nigdy kompletną osobę. Niby fluktuujący majak nie do końca zdecydowany o tym, jaką formę przybrać. Dziewczyna wyciągnęła ku Brodzki rękę, a mgła rzeźbić zaczęła w obliczu istoty twarz samej Jagody.
— Chciałabyś tu zamieszkać, Jago? — Słodki, lepki szept tuż przy jej uchu, choć stojąca przed nią kopia jej samej nie poruszyła ustami. — Zostań. Czy nie dobrze nam dziś było?