05.01.2023, 17:56 ✶
Była mściwa, gdy ktoś zalazł jej za skórę zbyt mocno. Była mściwa, gdy ktoś złamał jej zaufanie. A że rzadko kiedy działała pod wpływem chwili i starała się opanować i kontrolować, to to nie były przypadkowe działania. Tylko wykalkulowane. Na Saurielu z kolei to nie była żadna zemsta, ledwie środek do celu – czyli do spokoju, bo czegokolwiek nie powiedziała, ten próbował wykorzystać to przeciwko niej i tylko bardziej ją denerwował. Z rodzicami nie będzie mieszkała całe życie, tak sądziła, a jej przyszły mąż… No cóż. Zakładała, że raczej tak, o ile wcześniej się nie pozabijają. Ale miała cichą nadzieję, że naprawdę jakoś się dogadają.
- To czego się domyślam jest dość paskudne i jeśli rzeczywiście zrobili co zrobili to… – pokręciła głową. - Nie wiem czy to jest odpowiednie miejsce na tą rozmowę – o śmierci byłego narzeczonego, o tym, że zaczęła podejrzewać, że już wtedy jej rodzice i rodzice Rookwooda zaczęli się dogadywać. O tym, że zwietrzyli lepszą ofertę, a na drodze stała przeszkoda… Dla niektórych cel uświęcał środki. Z pewnością za taką osobę miała swoją matkę. Victoria czasami się zastanawiała, czy ona ją w ogóle kochała – swoją córkę. Nigdy nie okazała jej czułości, przez całe życie. Ojciec nie, ojciec to co innego. Był znacznie łagodniejszy i lubił, kiedy Victoria, jako małe dziecko, przyglądała się z dziecięcą ciekawością, jak warzy eliksiry. Opowiadał wtedy o tym z taką pasją… A potem głaskał Tori po włosach i się do niej uśmiechał. W zupełnie inny sposób niż matka.
- Oczywiście, że było osobiste. Próbowałam nawiązać z tobą normalną konwersację – może nieudolnie, może była zbyt zszokowana, może oklumencja wtedy weszła jej w drogę. Ona po prostu nie wiedziała wtedy nawet jak się do niego zwrócić. Więc spróbowała neutralnie. - To przez szok. I oklumencję. Próbowałam się wtedy pozbierać po tej rewelacji – no i przez mróz, który szczypiąc w policzki zarysował na nich piękne rumieńce, które mogły zmylić Sauriela.
Dała mu chwilę na zastanowienie, w końcu nigdzie im się nie spieszyło, a kelner akurat przyniósł zamówione przez nich alkohole, tak na dobry początek. Victoria od razu sięgnęła po swój kieliszek z winem i umoczyła kształtne usta w trunku.
- Czemu miałabym być jakimkolwiek kagańcem? – zdziwiła się wyraźnie i przeniosła na niego spojrzenie brązowych oczu, tych samych, które okolone były ciemną firaną rzęs. - Nie jestem moją matką – Victoria nie miała takich zapędów. Nie czuła potrzeby kontroli, a już z pewnością nie osoby, która miała zostać jej narzeczonym, a później mężem. Nie chciała robić nic wbrew niemu, nie chciała, by to było więzienie tak dla niego jak i dla niej. Jakby… po co? Wierzyła, że jest w stanie nawiązać normalną, zdrową relację z osobą, z którą ma spędzić życie, a nie jakieś toksyczne uwiązanie i smaganie biczem po kostkach za źle użyty przymiotnik. No chyba, że tak lubił.
Z kolei to jego spojrzenie… Nie potrafiła go rozszyfrować. Zbyt mało się znali.
- To czego się domyślam jest dość paskudne i jeśli rzeczywiście zrobili co zrobili to… – pokręciła głową. - Nie wiem czy to jest odpowiednie miejsce na tą rozmowę – o śmierci byłego narzeczonego, o tym, że zaczęła podejrzewać, że już wtedy jej rodzice i rodzice Rookwooda zaczęli się dogadywać. O tym, że zwietrzyli lepszą ofertę, a na drodze stała przeszkoda… Dla niektórych cel uświęcał środki. Z pewnością za taką osobę miała swoją matkę. Victoria czasami się zastanawiała, czy ona ją w ogóle kochała – swoją córkę. Nigdy nie okazała jej czułości, przez całe życie. Ojciec nie, ojciec to co innego. Był znacznie łagodniejszy i lubił, kiedy Victoria, jako małe dziecko, przyglądała się z dziecięcą ciekawością, jak warzy eliksiry. Opowiadał wtedy o tym z taką pasją… A potem głaskał Tori po włosach i się do niej uśmiechał. W zupełnie inny sposób niż matka.
- Oczywiście, że było osobiste. Próbowałam nawiązać z tobą normalną konwersację – może nieudolnie, może była zbyt zszokowana, może oklumencja wtedy weszła jej w drogę. Ona po prostu nie wiedziała wtedy nawet jak się do niego zwrócić. Więc spróbowała neutralnie. - To przez szok. I oklumencję. Próbowałam się wtedy pozbierać po tej rewelacji – no i przez mróz, który szczypiąc w policzki zarysował na nich piękne rumieńce, które mogły zmylić Sauriela.
Dała mu chwilę na zastanowienie, w końcu nigdzie im się nie spieszyło, a kelner akurat przyniósł zamówione przez nich alkohole, tak na dobry początek. Victoria od razu sięgnęła po swój kieliszek z winem i umoczyła kształtne usta w trunku.
- Czemu miałabym być jakimkolwiek kagańcem? – zdziwiła się wyraźnie i przeniosła na niego spojrzenie brązowych oczu, tych samych, które okolone były ciemną firaną rzęs. - Nie jestem moją matką – Victoria nie miała takich zapędów. Nie czuła potrzeby kontroli, a już z pewnością nie osoby, która miała zostać jej narzeczonym, a później mężem. Nie chciała robić nic wbrew niemu, nie chciała, by to było więzienie tak dla niego jak i dla niej. Jakby… po co? Wierzyła, że jest w stanie nawiązać normalną, zdrową relację z osobą, z którą ma spędzić życie, a nie jakieś toksyczne uwiązanie i smaganie biczem po kostkach za źle użyty przymiotnik. No chyba, że tak lubił.
Z kolei to jego spojrzenie… Nie potrafiła go rozszyfrować. Zbyt mało się znali.