Obracała w dłoniach filtr papierosa, który zwilgotniał już delikatnie od otulania go co rusz wargami; siwe kłęby dymu wzbiły się ponad ich sylwetki, rozlewając akwarelą tuż pod sufitem, zupełnie jakby były skazane na niebyt; zupełnie jakby nie istniały. Dywagacje wewnętrzne nie zajęły jej dużo czasu, już po chwili zahaczyła paznokciem o papierosa, strząsając z ognistego oczka nadmiar popiołu – ten zaś dokonał swojego żywota w szklanej popielniczce, gasnąc i obracając się w pył. Uśmiech nie rozlał jej warg, była jednak w całej swej krasie w wyraźnie zarysowanym, dobrym humorze – on przecież musiał to dostrzec, znając ją na rozciągłości dekad; musiał być w oczywisty sposób biegły w czytaniu jej nastrojów i drobnych gestów, które poświadczały każdorazowo o zmianach w burzliwym nastroju. Nie była przecież humorzasta, jednak jej stalowa mimika kłutej w marmurze Ateny nie zdradzała rąbka tajemnicy na temat nastroju buzującego na scenie myśli.
– A ja absolutnie się z tobą zgadzam – odparła na komentarz odnośnie jej wybrakowanego instynktu macierzyńskiego – nie zwykła przecież przeczyć oczywistościom, a fakt, jakoby jej dzieci miały być skazane na okrutną gehennę, niewątpliwie się do nich zaliczał. – Nie jestem pewna, czy utrzymałabym je przy życiu. Ty z kolei, byłbyś tym dobrym wujkiem, który kupowałby im słodycze. O czym my w ogóle mówimy? Oddałabym je do okna życia najprędzej – urwała, gasząc dynamicznie papierosa o szklaną powierzchnię popielniczki.
Gdzież bym…
Urwała nić pokazu flirtu, marszcząc brwi. Jego milczenie, urwana gdzieś w połowie głoska, najwybitniej świadczyły o tym, iż jej komedia wysoko urodzonych panien na niego zadziałała. Kąciki ust nieomal zadrgały, unosząc się nieprzejednanie, gdy utonął wzrokiem w jej wargach. Trwała tak przez te skute momenty milczenia, nie do końca znajdując dictum na tę przędzoną absurdem sytuację.
– Oczywiście – odparła na jego słowa, ponownie układając podbródek na skrzyżowanych palcach dłoni. Żadne spośród słów nie odmieniłoby teraz jego wzroku zatrzymanego gdzieś w jej fizjonomii. Już na wargi cisnęła się uszczypliwa uwaga, już gdzieś na dnie gardła kłębiły się słowa uporczywe – nie odezwała się jednak; oboje wiedzieli, co miała na myśli.
Gdy kolejna szklanka stanęła przed nią na stole, kilkoma łykami wychyliła jej zawartość, nie bez echa odczuwając jej działanie. Ciecz cierpkim smakiem rozlała się w przełyku, a ona sama zaznała przyjemnego szumu w głowie. Oczy, na ogół mętne, zabłysły tysiącem gwiazd, a wyważone ruchy stawały się coraz bardziej frywolne.
– Bujać to my, nie nas, Theonie. Nie ma szans, że wykonam coś skrajnie głupiego, a ty jedynie będziesz to obserwował z boku – rzekła twardo. – Nie. Dam ci znać, gdy przyjdzie mi coś absurdalnego do głowy. Już mi zaczyna szumieć, więc to kwestia czasu – dodała po chwili.