To brzmiało całkiem interesująco. I gdyby tylko okoliczności były inne, Penny bardzo chętnie wypytałaby Owena o wszystko, co wiązało się ze wspomnianym rytuałem. Tego typu kwestie zawsze przyciągały jej uwagę. Wiązało się z tym tyle możliwości...
- Może znaczenie ma punkt, który znajdywałby się wewnątrz wyznaczonego w ten sposób obszaru? W równej odległości od tych trzech miejsc? - zapytała. Była to pierwsza opcja, jaka przyszła jej na myśl. Nie musiała zarazem mieć w ogóle sensu. O kryptę natomiast już w żaden sposób nie dopytywała. Skupiła się na tym, aby dokończyć nakładanie run na twarzach każdego z czarodziejów.
Słysząc o nieumarłym, wzdrygnęła się. O mały włos nie pomyliłaby się przez to podczas nakładania run na twarz Isaaca. Na szczęście, jako rzemieślniczka miała w tym sporą wprawę. Z runami pracowała prawie każdego dnia.
- Selkie? - zamiast o nieumarłych, postanowiła wypytać o selkie. Słyszała o nich, nigdy jednak nie miała z nimi styczności. Opcja, w której obok siebie występowali nieumarli, selkie i jakiś czarnoksiężnik? I jeszcze te napotkanie ciało trytona? Czy ona w ogóle chciała się nad tym wszystkim zastanawiać? Analizować? Dopytywać o kolejne szczegóły?
Ruszyła korytarzem. Krok w krok za Millie. Docierając wreszcie do... jego końca? Dziwnej ściany. Pełnej roślinności, tak nie pasującej do tego, co dane było im do tej pory oglądać. Penny nie zastanawiała się zbyt długo. Zdecydowała się podejść bliżej. Uważniej to wszystko zbadać. Obejrzeć z pomocą światła, jakie zapewniała przez cały czas różdżka.
Zdążyła nawet dotknąć ją dłonią, nim Millie zaczęła krzyczeć.
Morpheus?! Skupiła się na głosach, które dobiegały z drugiej strony. Niestety, sama nie była w stanie rozpoznać żadnego z nich. Musiała więc zaufać Millie, że jeden z nich faktycznie należał do Morpheusa. Tylko kto Longbottomowi towarzyszył? Przeszło jej to przez myśl, tak jakby ta kwestia w ogóle miała znaczenie. Jakiekolwiek znaczenie.
Niepewnie spojrzała na Moody, kiedy ta zdecydowała, że w ruch kolejny raz ma pójść transmutacja. Miała wątpliwości czy to wystarczy. Zwłaszcza, gdyby miała zająć się tym sama. Nigdy dotąd nie starała się przecież przy pomocy tego rodzaju magii stworzyć przejścia. Nie to, że nie było to możliwe, ale...
- Ktoś z nas potrafi względnie dobrze posłużyć się transmutacją? - zdecydowała się zapytać, wybadać grunt. To, że sama cokolwiek umiała, musiało być dla innych oczywiste, skoro uratowała w ten sposób Bagshota. Szkopół w tym, że miała w tamtym momencie naprawdę dużo szczęścia. Teraz zaś wcale to szczęście nie musiało jej ponownie dopisać. Odczekała chwilę, i jeśli tylko pozostali się zadeklarowali, kontynuowała. - Skupmy się na jednym miejscu, spróbujmy transmutować część tej ściany w przejście, choćby niewielkie.
Nie zamierzała szukać innych rozwiązań, skoro Millie uznała te za najlepsze. Zwłaszcza, że sama nie miała w tym przypadku żadnego, sensownego pomysłu. Innej opcji, którą mogłaby przedstawić. Zaproponować.
Kiedy wszystko było gotowe, machnęła różdżką, wybierając konkretne miejsce i starając się właśnie w nim stworzyć przejście. Niech to się uda, niech to się uda - powtarzała sobie przez cały czas w myślach, mając nadzieje, że nic się tutaj zaraz nie zjebie.
dwie próby stworzenia przejścia w ścianie przy pomocy transmutacji
Akcja nieudana
Akcja nieudana