19.06.2024, 08:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.06.2024, 08:21 przez Charlotte Kelly.)
- Jasperze Erneście Kelly, chcesz mnie doprowadzić do zbrodni dzieciobójstwa, prawda? - spytała Charlotte, unosząc na niego wzrok znad przeglądanych koszul. W jej głosie brakowało jednak prawdziwej złości, pewnie dlatego, że uznała, że syn tylko się z nią droczy. - Oczywiście, że nie wyglądałam jak one. A chłopcy nawet gdyby zapomnieli jakimś cudem, jak wyglądam, łatwo by mnie znaleźli. Wystarczyłoby, żeby podeszli do najładniejszej.
Ciężko było osądzić, gdzie w przypadku takich wypowiedzi Charlotte zaczyna się żart, i kiedy mówi zupełnie na serio. Na pewno miała o sobie niesamowicie wysokie mniemanie i jeśli nawet w szkole nie była najpiękniejszą dziewczynką, to wierzyła w to szczerze i wtedy, i teraz. Do tego stopnia, że prawdopodobnie wyprała mózgi otaczających ją osób (i to bez magii!), tak bardzo, że oni też w to uwierzyli. Nazwisko, upór, wygląd i odpowiednie znajomości, a przede wszystkim absolutna bezlitosność pozwalały na utrzymanie tytułu szkolnej królowej pszczół.
- Nie jestem pewna, czy teraz chcesz zrobić to mi na złość, czy próbujesz mnie odwieźć od jej zakupu - stwierdziła Charlotte, składając koszulę. Oczywiście, że ją kupi. I oczywiście, że przypadkiem ta zgubi się w praniu akurat, gdy będzie zbliżała się data, w której Jonathan miał urodziny.
Charlie naprawdę lubiła stawiać ma swoim. W ten czy w inny sposób. W tym przypadku przypominała swoją matkę, chociaż była nieco sprytniejsza od niej. Ale cóż, równie uparta.
Tak samo jak z tym nieszczęsnym workiem.
Jessie został więc wepchnięty do przymierzalni z szatą i koszulą, a Charlotte, z ogniem słusznego oburzenia w oczach (ona miałaby w czymś źle wyglądać!), otrzymała od Madame Malkin worek. Oczywiście, to nie tak, że zamierzała założyć worek sam w sobie - w końcu liczy się styl, jak uparcie powtarzali Rosierowie.
Nie była krawcową. Ale ciachnęła zaklęciem górę worka, tworząc coś na kształt tuniki, odsłaniającej ramiona oraz nogi. Bardzo krótkiej tuniki. Pasek posłużył do owinięcia się w talii, bo co to za krótka sukienka, która nie jest odpowiednio obcisła, a potem jeszcze przy pomocy madame trzeba było zwężać górę, by worek nie spadł.
Charlotte rozpuściła włosy, po czym wyszła z przymierzalni, bardzo zadowolona z siebie, bo to był wciąż worek, oczywiście, ale co z tego, co nosiła, skoro miała takie nogi?
– Może przyjdę tak z wizytą do twojej pracy? – zaproponowała, kiedy dołączył do niej syn, obracając się przed nim. – Wspomnę twoim współpracownikom, że sam wybrałeś mi tę sukienkę, i że przyszłam, bo zapomniałeś kanapek z galaretką, a przecież kanapeczki z galaretką od mamusi są najlepsze, i mój synek musi je mieć codziennie w pracy, żeby rósł duży i zdrowy.
Ciężko było osądzić, gdzie w przypadku takich wypowiedzi Charlotte zaczyna się żart, i kiedy mówi zupełnie na serio. Na pewno miała o sobie niesamowicie wysokie mniemanie i jeśli nawet w szkole nie była najpiękniejszą dziewczynką, to wierzyła w to szczerze i wtedy, i teraz. Do tego stopnia, że prawdopodobnie wyprała mózgi otaczających ją osób (i to bez magii!), tak bardzo, że oni też w to uwierzyli. Nazwisko, upór, wygląd i odpowiednie znajomości, a przede wszystkim absolutna bezlitosność pozwalały na utrzymanie tytułu szkolnej królowej pszczół.
- Nie jestem pewna, czy teraz chcesz zrobić to mi na złość, czy próbujesz mnie odwieźć od jej zakupu - stwierdziła Charlotte, składając koszulę. Oczywiście, że ją kupi. I oczywiście, że przypadkiem ta zgubi się w praniu akurat, gdy będzie zbliżała się data, w której Jonathan miał urodziny.
Charlie naprawdę lubiła stawiać ma swoim. W ten czy w inny sposób. W tym przypadku przypominała swoją matkę, chociaż była nieco sprytniejsza od niej. Ale cóż, równie uparta.
Tak samo jak z tym nieszczęsnym workiem.
Jessie został więc wepchnięty do przymierzalni z szatą i koszulą, a Charlotte, z ogniem słusznego oburzenia w oczach (ona miałaby w czymś źle wyglądać!), otrzymała od Madame Malkin worek. Oczywiście, to nie tak, że zamierzała założyć worek sam w sobie - w końcu liczy się styl, jak uparcie powtarzali Rosierowie.
Nie była krawcową. Ale ciachnęła zaklęciem górę worka, tworząc coś na kształt tuniki, odsłaniającej ramiona oraz nogi. Bardzo krótkiej tuniki. Pasek posłużył do owinięcia się w talii, bo co to za krótka sukienka, która nie jest odpowiednio obcisła, a potem jeszcze przy pomocy madame trzeba było zwężać górę, by worek nie spadł.
Charlotte rozpuściła włosy, po czym wyszła z przymierzalni, bardzo zadowolona z siebie, bo to był wciąż worek, oczywiście, ale co z tego, co nosiła, skoro miała takie nogi?
– Może przyjdę tak z wizytą do twojej pracy? – zaproponowała, kiedy dołączył do niej syn, obracając się przed nim. – Wspomnę twoim współpracownikom, że sam wybrałeś mi tę sukienkę, i że przyszłam, bo zapomniałeś kanapek z galaretką, a przecież kanapeczki z galaretką od mamusi są najlepsze, i mój synek musi je mieć codziennie w pracy, żeby rósł duży i zdrowy.