19.06.2024, 12:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.06.2024, 12:28 przez Anthony Shafiq.)
Chlupot wody nie kojarzył mu się dobrze, ale tutaj przytłumiony gęstą umagicznioną pianą był znośny, zwłaszcza w połączeniu toczących się nad białą chmurką uszczypliwości, jak chilli, którym posypuje się czasem ciepłe kakao, dla podbicia jego naturalnych walorów smakowych.
– Nie musimy losować. Kupiłem dwa dni temu winnice w Hiszpanii. Warunki są dość prymitywne, ale czasem i takie mają swój urok. – Główną wadą tego miejsca była jego absolutna mugolskość, ale tego nie powiedział głośno, nie chcąc sprowadzać na sobie gniewu pozostałej trójki. Z drugiej strony mugolskość była również, o ironio, zaletą tego miejsca, bowiem wino robione bez ingerencji magii smakowało po prostu... inaczej. – Za radą mojego... – zawahał się, jakby kartkował słowniki wielu krajów w poszukiwaniu najbardziej adekwatnego słowa, a było to zaiste trudne. Przyjaciel? Czy jego kochani jeźdźcy się nie obrażą za zrównanie ich wielu lat znajomości, z jego emocjonalną niedyspozycją? Może i też ów problem liczony był w latach, może Anthony nawet nie dopuszczał, że przyjdzie mu kiedykolwiek wybierać między nimi a nim, ale... Cisza rosła jak balon, odmierzana unoszącą się klatką piersiową, próbującą pomieścić wszystkie słowa, które były dobre, ale nie dość dobre. Czy w ogóle można o nim było mówić "mój"? Każdy wyraz czynił semantyczną wywrotkę i więcej pętli i pytań niż Anthony miałby siłę przyznać.
W końcu z jego gardła dobył się pomruk irytacji, gdy podniósł się na swoim siedzisku i ukrył twarz w dłoniach, pocierając ją gwałtownie, a potem przeczesując palcami włosy. Jakby znów miał 16 lat i musiał w spazamach wicia się, ślizgania, niedopowiedzeniach i matactwach tłumaczyć czemu nigdy nie pozna Ashissy, egipskiej wymyślonej dziewczyny Tośka, który nie miał ochoty tłumaczyć zainteresowanym nim pannom powodów swojego absolutnego braku nimi zainteresowania. – No nic... Za jego radą, zdecydowałem się zachować to miejsce i wino tylko dla siebie i najbliższych mi osób. O! Mam pomysł! Naleję Wam po kieliszku i zgadniecie z jakiego regionu pochodzi! Jest absolutnie... jest... – przygryzł wargę, myśląc o tych wszystkich emocjach, które kłębiły się w jego sercu z powodu tego wina. O rozczarowaniu, o goryczy odrzucenia, o samotności i w końcu, na samym końcu, na finiszu tych ciemnych barw o waniliowej nadziei pozostającej na podniebieniu. O chmurach, które rozchodzą się odsłaniając gwieździste niebo, o chłodnej nocy, spędzonej przed ciepłym kominkiem w bezpiecznym uścisku. – Jest najlepszym winem jakie piłem do tej pory. – Podniósł się sięgając po ręcznik. Wiedział, że jest nudny. Że gdzieś przetacza się obok rozmowy, nie podchodzi kreatywnie do rzucanych przez przyjaciół słownych gierek. Ale może właśnie dlatego tak bardzo lubił spędzać z nimi czas. Że nie musiał tego robić. Nie musiał udawać.
– Dajcie mi moment, mam jeszcze kilka butelek tuż obok. – dodał jeszcze, dostojnie wyczłapując bosymi stopami z łazienki, do przepastnego labiryntu korytarzy swojej piwnicy. Szczęśliwie nie potrzebował mapy, żeby się w niej odnaleźć.
– Nie musimy losować. Kupiłem dwa dni temu winnice w Hiszpanii. Warunki są dość prymitywne, ale czasem i takie mają swój urok. – Główną wadą tego miejsca była jego absolutna mugolskość, ale tego nie powiedział głośno, nie chcąc sprowadzać na sobie gniewu pozostałej trójki. Z drugiej strony mugolskość była również, o ironio, zaletą tego miejsca, bowiem wino robione bez ingerencji magii smakowało po prostu... inaczej. – Za radą mojego... – zawahał się, jakby kartkował słowniki wielu krajów w poszukiwaniu najbardziej adekwatnego słowa, a było to zaiste trudne. Przyjaciel? Czy jego kochani jeźdźcy się nie obrażą za zrównanie ich wielu lat znajomości, z jego emocjonalną niedyspozycją? Może i też ów problem liczony był w latach, może Anthony nawet nie dopuszczał, że przyjdzie mu kiedykolwiek wybierać między nimi a nim, ale... Cisza rosła jak balon, odmierzana unoszącą się klatką piersiową, próbującą pomieścić wszystkie słowa, które były dobre, ale nie dość dobre. Czy w ogóle można o nim było mówić "mój"? Każdy wyraz czynił semantyczną wywrotkę i więcej pętli i pytań niż Anthony miałby siłę przyznać.
W końcu z jego gardła dobył się pomruk irytacji, gdy podniósł się na swoim siedzisku i ukrył twarz w dłoniach, pocierając ją gwałtownie, a potem przeczesując palcami włosy. Jakby znów miał 16 lat i musiał w spazamach wicia się, ślizgania, niedopowiedzeniach i matactwach tłumaczyć czemu nigdy nie pozna Ashissy, egipskiej wymyślonej dziewczyny Tośka, który nie miał ochoty tłumaczyć zainteresowanym nim pannom powodów swojego absolutnego braku nimi zainteresowania. – No nic... Za jego radą, zdecydowałem się zachować to miejsce i wino tylko dla siebie i najbliższych mi osób. O! Mam pomysł! Naleję Wam po kieliszku i zgadniecie z jakiego regionu pochodzi! Jest absolutnie... jest... – przygryzł wargę, myśląc o tych wszystkich emocjach, które kłębiły się w jego sercu z powodu tego wina. O rozczarowaniu, o goryczy odrzucenia, o samotności i w końcu, na samym końcu, na finiszu tych ciemnych barw o waniliowej nadziei pozostającej na podniebieniu. O chmurach, które rozchodzą się odsłaniając gwieździste niebo, o chłodnej nocy, spędzonej przed ciepłym kominkiem w bezpiecznym uścisku. – Jest najlepszym winem jakie piłem do tej pory. – Podniósł się sięgając po ręcznik. Wiedział, że jest nudny. Że gdzieś przetacza się obok rozmowy, nie podchodzi kreatywnie do rzucanych przez przyjaciół słownych gierek. Ale może właśnie dlatego tak bardzo lubił spędzać z nimi czas. Że nie musiał tego robić. Nie musiał udawać.
– Dajcie mi moment, mam jeszcze kilka butelek tuż obok. – dodał jeszcze, dostojnie wyczłapując bosymi stopami z łazienki, do przepastnego labiryntu korytarzy swojej piwnicy. Szczęśliwie nie potrzebował mapy, żeby się w niej odnaleźć.