Nie chciał tego robić.
Nie robiłby tego, gdyby nie musiał.
Nie musiałby, gdyby nie spierdolona robota.
Czy to składniki były trefne? Bo przecież nie jego zaklęcie.
Jednak żadne wytłumaczenie nie wydawało się odpowiednio dobre, chociaż podążając pogrążoną w mroku uliczką, Logan usprawiedliwiał się wyłącznie przed sobą. Nie przynosiło też ulgi — nawet jeśli spełniłyby się jego przypuszczenia i w rzeczy samej to kontakt spierdolił swoją działkę — w obliczu konieczności proszenia o pomoc u tej zdziry. Dłonie mu cierpły na samą myśl i to nie miało nic wspólnego z mrozem skuwającym w mikroskopijne drobinki lodu parę wodną opuszczającą jego nozdrza przy każdym wydechu.
Aura tej nocy odzwierciedlała jego skostniały, sztywny umysł i sytuację, w jakiej niespodziewanie się znalazł; siatkę niewidocznych na pierwszy rzut oka, drobnych pęknięć pokrywającą gładką powierzchnię, na którą ktoś kiedyś zbyt mocno nacisnął. Sprawy wymykały się spod kontroli, pęknięcia trzeszczały i groziły zawaleniem, a w następstwie utonięciem w lodowatej wodzie pod taflą.
Butem, od uderzenia którego w powierzchnię powstały pierwsze rysy, był trup, który zbyt szybko trafił w ręce zbyt dobrze znających się na swojej pracy magomedyków.
Logan zmełł w ustach przekleństwo i skręcił, żeby wyjść wprost na pustą o tej porze aleję Horyzontalną. Wystarczyło już tylko przeciąć ulicę i wejść do budynku stojącego po przeciwnej stronie, żeby znaleźć się na miejscu. A kiedy wreszcie stanął przed odpowiednimi drzwiami, zapukał krótko i mocno, nie chcąc zwracać niepotrzebnej uwagi sąsiadów.
Nie powstrzymał paskudnego grymasu na widok Lycoris Black.
— Uwierz — prychnął pogardliwie w odpowiedzi — że też bym wolał.
Po tych kilku obojętnych, lakonicznych słowach powitania, Logan wszedł do środka, z przyjemnością oscylującą mniej więcej na poziomie wkraczania do gniazda żmijoptaka. Nie tracił energii na rozglądanie się po leżu tej zołzy i po kilku krokach prowadzących w głąb mieszkania odwrócił się twarzą z powrotem w stronę drzwi — zbyt długie przebywanie tyłem do Lycoris groziło nożem sterczącym z pleców, wbitym precyzyjnie pomiędzy kręgi w odcinku piersiowym, a on nie bywał zbyt mało ostrożny — żeby posłać jej zimne, jak zwykle wyglądające na nieco znudzone albo zmęczone życiem, spojrzenie.
Nie przeszkadzam ci w środku nocy? Możemy porozmawiać? Chcesz się najpierw ubrać?
Żadne z tych kurtuazyjnych zwrotów oczywiście nawet przelotnie nie zawitało w umyśle Logana. Z założenia ich nie lubił i nie stanowiły dla niego naturalnych podstaw relacji międzyludzkich; a dla Lycoris wybitnie nie zamierzał się o nie starać. Ani dostosowywać do jakichś żałosnych norm dobrych dla przeciętnych, nudnych i wzorowych obywateli, którym bardziej zależało na opinii otoczenia niż szacunku dla samych siebie.
— O przyjemnościach innym razem, Black — albo nigdy. Nie dodał na głos, ale w tonie zdało się tę sugestię słyszeć. — Potrzebuję przysługi — dodał, przeciągając nieznacznie poszczególne sylaby tych dwóch słów i mrużąc przy tym gniewnie oczy. Wyraz znudzenia nie znikał z jego twarzy, tak samo jak nie spuszczał spojrzenia wbitego wprost w oczy kobiety.
Chociaż słowa te piekły go na języku, jakby przełykał najgorszy kwas o wysokim stężeniu, wypowiedzenie ich wcale go nie zabiło. Co więcej; nic nie wybuchło, nawet tęczówki mu nie zalśniły płomieniem przy ich wypowiadaniu — a to oznaczało oczywisty sukces. Przynajmniej jak na jego standardy.
just wanna bury them