19.06.2024, 20:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.06.2024, 20:02 przez Vakel Dolohov.)
Stoliki, z Morpheusem (a potem łazienka)
Głęboko żałował wybrania się na to przyjęcie. Pomijał już absolutny brak klasy w organizacji i to, że część gości zachowywała się jak motłoch - to ograniczyłoby się do zapamiętania go źle (nawet gdyby nadwyrężył możliwości swojego charakteru, nie mógł dać wydarzeniu takiej rangi należycie wysokiej noty), ale... Ha, jedno spotkanie, jedno durne spotkanie, które zaraz się skończy i oboje rozejdą się w swoje strony - powinien przetrwać je z taką klasą, z jaką robił to teraz Morpheus i zwykle udawało mu się to bez problemu. Przecież bez trudu kłamał i dobierał maski. Całe jego publiczne życie było teatrzykiem szaleńca. Teraz? Czuł się znów jak ten dzieciak, nieradzący sobie ze wpisaną w linię krwi porywczością. Z żalem musiał przyznać sam sobie, że Longbottom był jego słabością. On zaś bardzo, ale to bardzo nie lubił być słaby. Potrzebował tego uczucia kontroli - niekoniecznie władzy na drugim człowiekiem, to mogłoby być nawet i otoczenie go opieką, ale kiedy ktoś wymykał mu się spomiędzy palców, stawał się zagrożeniem dla jego dobrego samopoczucia.
Może i jego życie było ruiną, ale poukładał sobie tę ruinę, tak jak chciał, uparcie przenosząc kawałki gruzu w odpowiednie miejsca i pucując je ściereczką. Jeżeli nie zostanie królem świata, stanie się władcą najpiękniej wypucowanych zgliszczy w historii magii.
Chwycił kieliszek wina i upił z niego łyk, chcąc dać sobie pretekst do uniknięcia spoglądania mu w oczy, kiedy został przez niego doceniony. Przesunął się nieznacznie na tym krześle, poprawiając ułożenie nóg. Uwielbiał otrzymywać komplementy, czytać o sobie pochlebne artykuły. Napełniało go to uczuciem spełnienia, nawet jeżeli twierdził, że tego nie potrzebuje. Bycie komplementowanym przez kogoś, kto był dla niego ważny? To... nabierało innego znaczenia. I było bardzo, ale to bardzo wstydliwe. Logiczne - bo ktoś z tak przykrym dzieciństwem musiał reagować na adorowanie go co najmniej dziwacznie (w imię myśli, że do tego nie przywykł), on jednak wynosił to na nowy, zupełnie inny poziom. Próbował myśleć o czymkolwiek, co pozwoli mu się nie zaczerwienić. Ucieczką od bycia żałosnym okazał się być Peregrinus, który na moment wytrącił go z tego wiru myśli cofającego go do czasów szkolnych. Dolohov odwrócił się do niego, wysłuchał tego krótkiego zdania i skinął głową, kładąc łokieć na oparciu krzesła. Zaraz po tym odetchnął.
Istniało wiele rzeczy, które chciałby przekazać Lonbgottomowi, właściwie to latami zbierał przemyślenia, którymi mógłby rzucić mu w twarz, żeby odegrać się za swój ból (mając się tu oczywiście za największego cierpiętnika - naprawdę ciężko było mu pogodzić się z tym, że został porzucony przez kogoś, kogo miał za pewnik), ale nie mógł zrobić tego tutaj. W sumie to już nawet nie wiedział, czy chciał to robić. Gdyby Longbottom okazał się kimś innym, gdyby wyrósł na kogokolwiek innego niż jakiś przerysowany wręcz ideał tego, czego Dolohov oczekiwałby od swojego męża - oh, łatwo byłoby go przygnieść nogą do podłogi i napluć mu na twarz. On jednak przyszedł tutaj pieprzyć o gwiazdach, o jego pracach naukowych i artykułach do gazet plotkarskich, o liczbach, o nawiedzonym dworku, o klątwach - mówił o wszystkich tematach, jakie Vasilij uwielbiał, jakby rzucał do wody zanętę. Oczywiście, że chciałby porozmawiać o gwiazdach, o liczbach, o spirytyzmie, o przeznaczeniu czyhającym tuż za rokiem. Powymieniałby się spostrzeżeniami, nadużywając skomplikowanej nomenklatury naukowej. Tak, popatrzyłby w te wciąż śliczne oczy, powpatrywał się w to jak jego twarz została nadgryziona zębem czasu... a potem co?
A potem wróci do domu i będzie w nim sam.
Nie zniesie tego drugi raz.
Wiecie, o czym faktycznie mogliby pogadać? Mógłby się zapytać - jak się masz? Jesteś szczęśliwy? Dzięki czemu się ostatnio uśmiechnąłeś? Tylko po to, żeby móc wyobrazić sobie jak to szczęście zgniata, jak odbiera je bezpowrotnie, żeby mogli sobie cierpieć obaj. Skoro Morpheus nie chciał z nim być, to może cierpienie mogłoby w jakiś sposób przypomnieć wszechświatu, że mieli być sobie przeznaczeni? Nie, nienie. Zmienił zdanie, o tym też pogadać nie mogli. Bo to by go postawiło w pozycji desperata, a on przecież wciąż czuł się księżniczką na wieży, która miała zostać uratowana z paszczy smoka. Co prawda była w tej wieży już czterdzieści lat i zdążyła zaprzyjaźnić się ze smokiem z dwa razy, ale i tak co jakiś czas wyglądała za okno i wzdychała pogrążona coraz intensywniejszym uczuciem melancholii pożerającym resztki zdrowych myśli.
- Intygujące - rzucił nagle, przerywając tę absurdalną ciszę ze swojej strony. Zdawał sobie sprawę z tego, że wszystkie oczy wokół skupią się teraz na nim, kto by nie chciał dowiedzieć się czegoś o tym, co ten cały Dolohov mógł wnieść do tematu po tak długim okresie milczenia. Czyżby miał wrócić do swojego typowego zachowania? On jednak dopił wpierw resztkę wina z kieliszka stojącego na blacie. - Obawiam się jednak, że czas na osiedlenie się w Little Hangleton minął dla ciebie jakieś dwadzieścia - nie zaklął, ale kto go znał... wiedział, że rzuciłby tutaj normalnie tak soczystą kurwą, że z wrażenia zatrząsłby się ten paskudny żyrandol - lat temu. Może i więcej niż dwadzieścia? - Nie uśmiechnął się. Dopiero kiedy podniósł spojrzenie na resztę badaczy, kąciki jego ust uniosły się w górę. Nie, nie zamierzał czekać na żadną ripostę. - Muszę panów opuścić, rozmowa była bardzo przyjemna, ale najwyraźniej oczekuje się mojej obecności w innym miejscu. - Pożegnał się z nimi, wykorzystując swojego spanikowanego (?) asystenta, ale tak naprawdę to w tej chwili niewiele o tym myślał. Celem podróży, w jaką się teraz udał (jak skończony tchórz, tak) była jak najdalej odsunięta od tego miejsca łazienka, w której zamknął się sam, nawet nie chcąc dopuścić do siebie myśli, że ktokolwiek mógłby zobaczyć go w tym stanie. Złapał się za klatkę piersiową i z przerażeniem poczuł, jak cholernie mocno waliło mu serce. Jebany skurwysyn. Krzyknąłby, ale znajdował się w miejscu publicznym. Stał tak więc jak słup soli przez kilka długich minut, a później przemył twarz zimną wodą i poprawił włosy. O co mogło Peregrinowi chodzić? O Lyssę? Odetchnął jeszcze raz. Zajebiście chciał stąd iść do domu, ale przecież nie zostawi tutaj ich i swojej żony... Wyszedł więc, planując odnaleźć Peregrinusa... gdziekolwiek był.
with all due respect, which is none