Ludzie różnie reagowali na stres i na śmierć najbliższych członków rodziny. Jedni płakali, drudzy śmiali się, choć wcale nie byli radośni, w jednych budziła się agresja, rozpacz, a jeszcze inni nie pozwalali sobie na żałobę i byli spokojni jak ta woda, po której płynęli. Maska. Byli ludzie, którzy z wprawą pokerowego gracza przywdziewali te maski, tak jak robiła to Fleur; wyprostowana, dystyngowana, z klasą… tylko te zaciśnięte dłonie sugerowały, że przeżywa w swym wnętrzu jakieś wzburzenie i stres.
Prawdę mówiąc, to Victoria z pewną ulgą weszła do kajuty zajmowanej przez kobietę. Kapitan był poirytowany, ale to tak jak ona, bo chyba sam widział, co tu się działo: trzy (a może faktycznie cztery) przyznania się do tego samego, i jeszcze Sophie robiąca fochy rozpieszczonego i rozwydrzonego dziecka – mord w jej oczach został przez Victorię z pełną rozwagą zignorowany. Zobaczenie więc Fleur, doskonałej aktorki, było więc tym powiewem… spokoju, chociaż nie byli ani trochę bliżej rozwiązania tej sprawy. Nie wiedziała, czy są chociaż w połowie, ale miała nadzieję, że cokolwiek uda im się ustalić, nim dobiją do brzegu, gdzie i tak na pewno na trochę zostaną zatrzymani, nim zostaną wezwane tamtejsze służby i nim uda się wszystko im przekazać. Całe szczęście, że w Afryce większość czarodziejów posługiwała się angielskim, skoro w Uagadou wykładano właśnie w tym języku… w pewnym sensie na pewno była to kwestia wygody, skoro cała Afryka upstrzona była najróżniejszymi językami i być może wybrano angielski, bo był najbardziej neutralny wpływowo? A może najprostszy do nauczenia się? Nie wiedziała.
Brenna zaczęła rozmowę i Victoria nie wtrącała się w nią, uparcie jednak notując w swoim notatniku; irytowała się tylko, że jej pismo w tych warunkach nie było (według niej) najpiękniejsze i najrówniejsze, ale zależało jej na czasie, chociaż j tak starała się najlepiej jak mogła.
– Czyli podtrzymuje pani przyznanie się do winy? – Victoria upewniła się i zastukała palcem w pergamin, po czym uniosła spojrzenie na kobietę. Powiedziała im wcześniej, że była bezpośrednio przy mężu w chwili jego śmierci, że zabiła go z bliska (co nie mogło mieć miejsca), ale przerwano im tę rozmowę, należało więc do tego właśnie wrócić. Do koronnego pytania zadanego i służącej i córce, choć po prawdzie nie zawsze było to pytanie. – W jaki sposób zmarł pani mąż? – i jeśli znowu usłyszą, że to był nóż… – Czy ma pani narzędzie zbrodni? – cóż… być może sugerowała jej właśnie, że zrobiono to narzędziem, ale nikt tutaj nie grał czysto, więc one we dwie też nie musiały. Zaś po odpowiedzi na te pytania Victoria zamierzała zapytać o co innego. – Co panią łączy z panem… – tu zerknęła na swoje notatki – Henrim Duboise? Dlaczego ten mężczyzna płynął z państwem aż do Afryki?