19.06.2024, 22:15 ✶
Charlotte była matką, która o swoje dzieci dbała, szczerze je kochała (i to mimo tego, że dzieci w ogólności nie cierpiała, a własne stanowiły wyjątek), poświęcała im czas, nie miała żadnych oporów wobec ich chwalenia i kiedy uznawała, że są krzywdzone, zamieniała się w krwiożerczą bestię z piekła rodem. Przede wszystkim też – chociaż sądziła, że to ona wie najlepiej i starała się subtelnie dzieci ukierunkowywać – nie próbowała ustawić im życia od a do z i nie zabierała im zupełnie przestrzeni, świadoma w pełni, że to było największym błędem jej matki. A jednocześnie pewnie nie zdobyłaby tytułu rodzica roku: nie była pełna afektu, lubiła zachwycać się sama sobą, jej osobowość mogła przytłaczać i niekiedy zachowywała się mało matczynie.
– Rana prosto w serce? – westchnęła i uniosła rękę, by lekko klepnąć syna w klatkę piersiową. – Nie wiem, po kim je masz, takie działające i czasem bolące, zamiast odpowiednio zimnego kawałka lodu, bo przecież nie po mnie – zażartowała, cofając się. – Niczyja, obawiam się. Myślę, że Jonathana już tak stworzyła Matka Księżyca i wszyscy musimy z tym żyć – powiedziała. Tak naprawdę, chociaż czasem kręciła nad Selwynem głową albo ganiła go za durnotę, nie przeszkadzały jej ani jego upór, ani bycie primadonną, ani nawet absurdalne opowieści. Charlotte za bardzo lubiła samą siebie, aby narzekać na kogoś, kto pod pewnymi względami tak mocno ją przypominał.
– To samo powiedziałam Tiarze Przydziału – skwitowała jego słowa, uśmiechając się mimowolnie, z pewną satysfakcją. Może dlatego, że cieszyły ją wszystkie drobiazgi, które pokazywały pewne podobieństwo między nią a dziećmi. (Tak naprawdę Tiara nie nalegała jakoś mocno na ten Slytherin, ot przez moment zdawała się go rozważać. Tak naprawdę Charlotte kierowała się w życiu bardziej własną wygodą niż ambicją, typową dla Ślizgonów.)
Chociaż pomysł wysłania Jonathana do Holandii, zapewne do bardzo specyficznej dzielnicy, za ciężko zarobione pieniądze młodego Kelly’ego, bardzo Charlotte rozbawił (cóż za wyrodna matka), ale ostatecznie to był jej najstarszy syn.
– Kup bilety na West End i zabierz go na przedstawienie. Wprawdzie to tylko mugolska sztuka, ale do Teatru Selwynów i tak ma wolny wstęp, więc West End będzie lepszy.
Jonathan był człowiekiem szalenie wybrednym, który potrafił rozpaczać nad tym, że ktoś założył szalik nie pasujący do płaszcza, ale wobec chrześniaka potrafił być wyrozumiały. Tak bardzo, że zdumiewało to kiedyś nawet Charlotte, która uważała, że Selwyn już naprawdę niewieloma rzeczami mógłby ją zadziwić i która wszelkie jego wybryki przyjmowała na ogół po prostu z myślą „tak, typowy Jonathan”.
– Rana prosto w serce? – westchnęła i uniosła rękę, by lekko klepnąć syna w klatkę piersiową. – Nie wiem, po kim je masz, takie działające i czasem bolące, zamiast odpowiednio zimnego kawałka lodu, bo przecież nie po mnie – zażartowała, cofając się. – Niczyja, obawiam się. Myślę, że Jonathana już tak stworzyła Matka Księżyca i wszyscy musimy z tym żyć – powiedziała. Tak naprawdę, chociaż czasem kręciła nad Selwynem głową albo ganiła go za durnotę, nie przeszkadzały jej ani jego upór, ani bycie primadonną, ani nawet absurdalne opowieści. Charlotte za bardzo lubiła samą siebie, aby narzekać na kogoś, kto pod pewnymi względami tak mocno ją przypominał.
– To samo powiedziałam Tiarze Przydziału – skwitowała jego słowa, uśmiechając się mimowolnie, z pewną satysfakcją. Może dlatego, że cieszyły ją wszystkie drobiazgi, które pokazywały pewne podobieństwo między nią a dziećmi. (Tak naprawdę Tiara nie nalegała jakoś mocno na ten Slytherin, ot przez moment zdawała się go rozważać. Tak naprawdę Charlotte kierowała się w życiu bardziej własną wygodą niż ambicją, typową dla Ślizgonów.)
Chociaż pomysł wysłania Jonathana do Holandii, zapewne do bardzo specyficznej dzielnicy, za ciężko zarobione pieniądze młodego Kelly’ego, bardzo Charlotte rozbawił (cóż za wyrodna matka), ale ostatecznie to był jej najstarszy syn.
– Kup bilety na West End i zabierz go na przedstawienie. Wprawdzie to tylko mugolska sztuka, ale do Teatru Selwynów i tak ma wolny wstęp, więc West End będzie lepszy.
Jonathan był człowiekiem szalenie wybrednym, który potrafił rozpaczać nad tym, że ktoś założył szalik nie pasujący do płaszcza, ale wobec chrześniaka potrafił być wyrozumiały. Tak bardzo, że zdumiewało to kiedyś nawet Charlotte, która uważała, że Selwyn już naprawdę niewieloma rzeczami mógłby ją zadziwić i która wszelkie jego wybryki przyjmowała na ogół po prostu z myślą „tak, typowy Jonathan”.