20.06.2024, 00:33 ✶
Uśmiechnęła się do niego, ale był to uśmiech dziwnie szorstki. Jemu wyraźnie ta deklaracja się podobała, ale ona nie był pewna jak właściwie czuła się w momencie, kiedy przyznawał się takiego tchórzostwa. Było w tym coś absolutnie niesatysfakcjonującego, w tym że byłby zdolny do czegoś takiego. Że wolał wycelować zaklęciem w plecy Donalda, zamiast z pełną satysfakcją patrzeć mu prosto w oczy, kiedy ten uświadamia sobie że brat się od niego jednoznacznie odwraca. Ona sama nie raz wyobrażała sobie, jak wreszcie odbija sobie na Lestrange'u wszelkie krzywdy, które je wyrządził. Nie ważne jednak, jak bardzo zastraszona się wydawała, jak bardzo wymęczona i obawiająca się jego zemsty, zawsze patrzyła mu w tych wizjach w oczy. Oczy, które zawsze spodziewały się zdrady z jej strony, ale zawsze przekładały ją na przyszłość. Karmiłaby się jego rozczarowaniem, ale nie wobec jej zachowania, a w stosunku do niego samego, ze tak karygodnie zaniedbał swoje bezpieczeństwo.
Kiedyś się bała i nie tylko limbo. Kiedyś strach przenikał ją na wskroś i był jedynym, co w danej chwili było w stanie zawładnąć jej ciałem, ale z biegiem czasu nauczyła się zastępować ślepe przerażenie czymś o wiele bardziej produktywnym. Złością. Wtedy, kiedy powinna się bać, wchodziła w stan chłodnej, równomiernie palącej złości, którą czasem chowała sobie na później, jakby z rozmysłem chcąc kumulować jej efekt.
Nie tracił niczego w jej oczach wobec tej rewelacji, ale z drugiej strony niczego też nie zyskiwał. Szalka zachwytu nad jego osobą stała w równowadze do wszystkich rzeczy, które mogła mu mieć do tej pory do zarzucenia. Ale domyślała się, że nawet jeśli coś znowu dołożyć by po stronie jego licznych wad, waga i tak by nie drgnęła, przyblokowana miłością, którą do niego czuła.
- Zniszczenie galaktyki, tak? - uśmiechnęła się słabo, ale już o wiele cieplej. - To było surrealistyczne, acz miłe. Bo z tobą i dla ciebie, byłabym w stanie zniszczyć wszystko - sięgnęła dłonią do jego twarzy, w jakimś zamyśleniu poprawiając palcami kosmyk włosów, który nawet nie zgubił się czy opadł na czoło. Ale potrzebowała czymś na moment się zająć, rozważając w głowie wagę tego, co właśnie powiedziała. Niby była tego zawsze świadoma, ale z pewnym zdziwieniem przyjmowała fakt, że pod koniec dnia jej lojalność pozostawała niezachwiana. Z jednej strony była przekonana o tak wielu rzeczach, a inne, niby te oczywiste, umykały jej i okazywały się trudne do sprecyzowania.
Ambrosia, naznaczona imieniem, które odnosiło się do samej istoty tego, co czyniło bogów nieśmiertelnymi. Ambrosia - niszczycielka światów. Zabawne.
Teraz sama otarła swoje łzy, a raczej ich resztki, osuszając policzki dłońmi.
- Chodźmy - kiwnęła do niego głową, na powrót wsuwając swoją dłoń pod jego ramię, kiedy ruszyli do wyjścia z alejki. - Ale jak właściwie chciałbyś mi za nią podziękować? - albo raczej dlaczego.
Kiedyś się bała i nie tylko limbo. Kiedyś strach przenikał ją na wskroś i był jedynym, co w danej chwili było w stanie zawładnąć jej ciałem, ale z biegiem czasu nauczyła się zastępować ślepe przerażenie czymś o wiele bardziej produktywnym. Złością. Wtedy, kiedy powinna się bać, wchodziła w stan chłodnej, równomiernie palącej złości, którą czasem chowała sobie na później, jakby z rozmysłem chcąc kumulować jej efekt.
Nie tracił niczego w jej oczach wobec tej rewelacji, ale z drugiej strony niczego też nie zyskiwał. Szalka zachwytu nad jego osobą stała w równowadze do wszystkich rzeczy, które mogła mu mieć do tej pory do zarzucenia. Ale domyślała się, że nawet jeśli coś znowu dołożyć by po stronie jego licznych wad, waga i tak by nie drgnęła, przyblokowana miłością, którą do niego czuła.
- Zniszczenie galaktyki, tak? - uśmiechnęła się słabo, ale już o wiele cieplej. - To było surrealistyczne, acz miłe. Bo z tobą i dla ciebie, byłabym w stanie zniszczyć wszystko - sięgnęła dłonią do jego twarzy, w jakimś zamyśleniu poprawiając palcami kosmyk włosów, który nawet nie zgubił się czy opadł na czoło. Ale potrzebowała czymś na moment się zająć, rozważając w głowie wagę tego, co właśnie powiedziała. Niby była tego zawsze świadoma, ale z pewnym zdziwieniem przyjmowała fakt, że pod koniec dnia jej lojalność pozostawała niezachwiana. Z jednej strony była przekonana o tak wielu rzeczach, a inne, niby te oczywiste, umykały jej i okazywały się trudne do sprecyzowania.
Ambrosia, naznaczona imieniem, które odnosiło się do samej istoty tego, co czyniło bogów nieśmiertelnymi. Ambrosia - niszczycielka światów. Zabawne.
Teraz sama otarła swoje łzy, a raczej ich resztki, osuszając policzki dłońmi.
- Chodźmy - kiwnęła do niego głową, na powrót wsuwając swoją dłoń pod jego ramię, kiedy ruszyli do wyjścia z alejki. - Ale jak właściwie chciałbyś mi za nią podziękować? - albo raczej dlaczego.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror