20.06.2024, 03:02 ✶
Nawet jeśli w głowie Sebastiana zaświtała myśl, że jego lekka utarczka z finansującym odnowę zabytków kowenu Anthonym Shafiqiem była podsycana przez tutejszą magię, tak wydarzenia, jakie miały miejsce tu i teraz zdominowały wszelkie wątpliwości kapłana. Miał ochotę przekląć Longbottom, a potem ją wyegzorcyzmować (dla pewności dwukrotnie) po tym, jak rzuciła w jego stronę ''że przecież trzyma od niego z daleka''.
Czy ta kobieta zawsze zakładała, że to ona była centrum świata? Słońcem, wokół którego kręcili się inni, czekając, aż tylko zwróci na nich uwagę? Czy ktokolwiek ją uświadomił, że świat nie kręcił się wokół niej i - tutaj zaskoczenie - w tym wymiarze był jeszcze inne istoty sprawiające problemy?? Jak na przykład żywy trup?! Oczywiście w znacznej większości przypadków problem zapewne dotyczyłby panny Longbottom, jednak tym razem akurat było odwrotnie. Ona mogła go wręcz uratować od problemów i...
Wtedy kilka rzeczy stało się jednocześnie: Brenna cisnęła w żywego trupa zaklęciem Incarcerous, Atreus postanowił dołączyć, co by odciąć ghoulowi głowę, a w to wszystko jeszcze wpakował się Patrick, próbując rzucić się pomiędzy potwora, a jego niedoszłą ofiarę. Dzięki bogom, chociaż Peregrinus okazał się człowiekiem rozsądnym i zrobił to, co Sebastian powinien zrobić już dawno temu (czyt. kilkadziesiąt sekund wcześniej) i odsunął się od całego zamieszania. Macmillan nie zdążył nawet jakkolwiek zareagować, bo Longbottom zaczęła dobijać ich trupa.
— Święta Matko, ty która sprawujesz pieczę nad siłami natury... — pomodlił się krótko, wykonując ruchem dłoni bliżej nieokreślony symbol.
Serce biło mu jak oszalałe: zarówno przez nagłe zmiany w poznaniu związane z przełamaniem magii ingerującej w emocje, jak i adrenalinę, która krążyła w jego żyłach przez to całe starcie. Które - dzięki niech będą wszystkim świętym - dobiegło końca. A wtedy Longbottom (bo kto inny) postanowiła raz na zawsze przekreślić ich szansę na to, aby uniknąć kolejnych wypadków tego dnia. W poprzednim życiu musiałem dużo nagrzeszyć, pomyślał przelotnie, jednak zanim zdążył zbesztać koleżankę, odezwał się Peregrinus.
— No właśnie — przyznał rację Trelawneyowi, zakładając ręce na piersi i wbijając wyczekujące spojrzenie w Longbottom. — Może wypadałoby dopiąć do końca jedną sprawę do końca, zamiast skakać z jednego miejsca w drugie, jak pszczółka z kwiatka na kwiatek, panno Longbottom.
Westchnął przeciągle i opuścił dłonie, po czym wbił spojrzenie w niebo, szepcząc bezgłośne ''z kim ja muszę pracować''. Wiedziony instynktem, jak i doświadczeniem zawodowym, w pierwszej chwili chciał udać się prosto do kryształowej czaszki i spróbować ją jakoś zabezpieczyć. Ciężko było mu jednak zignorować Stewarda. Zwłaszcza takiego, który chyba był w niewiele mniejszym szoku niż on i... był pozbawiony koszuli.
— Patrick? — Podszedł do mężczyzny, kładąc mu ostrożnie dłoń na ramieniu. — Czy wszystko... Żyjesz? — poprawił się, odzywając się do niego dużo łagodniejszym tonem niż w stosunku do Brenny. Spróbował poklepać aurora po ramieniu, jednak wtedy zdał sobie sprawę, że ten cały się klei. Ludzki pot. — Powinieneś się umyć, jak wrócisz do ośrodka. Jak najszybciej.
Cofnął rękę z przepraszającą miną, po czym przesunął się bliżej okrytego artefaktu, wycierając przy okazji dłoń o i tak już brudne spodnie. Praca w terenie. Phi. Chyba nawet na wykopaliskach Cathala tak się nie brudził na co dzień.
Czy ta kobieta zawsze zakładała, że to ona była centrum świata? Słońcem, wokół którego kręcili się inni, czekając, aż tylko zwróci na nich uwagę? Czy ktokolwiek ją uświadomił, że świat nie kręcił się wokół niej i - tutaj zaskoczenie - w tym wymiarze był jeszcze inne istoty sprawiające problemy?? Jak na przykład żywy trup?! Oczywiście w znacznej większości przypadków problem zapewne dotyczyłby panny Longbottom, jednak tym razem akurat było odwrotnie. Ona mogła go wręcz uratować od problemów i...
Wtedy kilka rzeczy stało się jednocześnie: Brenna cisnęła w żywego trupa zaklęciem Incarcerous, Atreus postanowił dołączyć, co by odciąć ghoulowi głowę, a w to wszystko jeszcze wpakował się Patrick, próbując rzucić się pomiędzy potwora, a jego niedoszłą ofiarę. Dzięki bogom, chociaż Peregrinus okazał się człowiekiem rozsądnym i zrobił to, co Sebastian powinien zrobić już dawno temu (czyt. kilkadziesiąt sekund wcześniej) i odsunął się od całego zamieszania. Macmillan nie zdążył nawet jakkolwiek zareagować, bo Longbottom zaczęła dobijać ich trupa.
— Święta Matko, ty która sprawujesz pieczę nad siłami natury... — pomodlił się krótko, wykonując ruchem dłoni bliżej nieokreślony symbol.
Serce biło mu jak oszalałe: zarówno przez nagłe zmiany w poznaniu związane z przełamaniem magii ingerującej w emocje, jak i adrenalinę, która krążyła w jego żyłach przez to całe starcie. Które - dzięki niech będą wszystkim świętym - dobiegło końca. A wtedy Longbottom (bo kto inny) postanowiła raz na zawsze przekreślić ich szansę na to, aby uniknąć kolejnych wypadków tego dnia. W poprzednim życiu musiałem dużo nagrzeszyć, pomyślał przelotnie, jednak zanim zdążył zbesztać koleżankę, odezwał się Peregrinus.
— No właśnie — przyznał rację Trelawneyowi, zakładając ręce na piersi i wbijając wyczekujące spojrzenie w Longbottom. — Może wypadałoby dopiąć do końca jedną sprawę do końca, zamiast skakać z jednego miejsca w drugie, jak pszczółka z kwiatka na kwiatek, panno Longbottom.
Westchnął przeciągle i opuścił dłonie, po czym wbił spojrzenie w niebo, szepcząc bezgłośne ''z kim ja muszę pracować''. Wiedziony instynktem, jak i doświadczeniem zawodowym, w pierwszej chwili chciał udać się prosto do kryształowej czaszki i spróbować ją jakoś zabezpieczyć. Ciężko było mu jednak zignorować Stewarda. Zwłaszcza takiego, który chyba był w niewiele mniejszym szoku niż on i... był pozbawiony koszuli.
— Patrick? — Podszedł do mężczyzny, kładąc mu ostrożnie dłoń na ramieniu. — Czy wszystko... Żyjesz? — poprawił się, odzywając się do niego dużo łagodniejszym tonem niż w stosunku do Brenny. Spróbował poklepać aurora po ramieniu, jednak wtedy zdał sobie sprawę, że ten cały się klei. Ludzki pot. — Powinieneś się umyć, jak wrócisz do ośrodka. Jak najszybciej.
Cofnął rękę z przepraszającą miną, po czym przesunął się bliżej okrytego artefaktu, wycierając przy okazji dłoń o i tak już brudne spodnie. Praca w terenie. Phi. Chyba nawet na wykopaliskach Cathala tak się nie brudził na co dzień.