21.06.2024, 02:46 ✶
Za sceną
Typ czuł się generalnie źle. Euforia sprzed chwili już niemal całkowicie z niego wyparowała - pozostał głównie strach, obok strachu szybko ułożył się lęk przed konsekwencjami tego, co zrobił dzisiaj na tej scenie. Gdzie znajdowała się granica jego wybryków? Stawał się coraz większym i wyraźniej widocznym problemem. Dostrzegał to, ale co miał kurwa zrobić? Miał zostawić Alexandra i zaszyć się gdzieś znowu? Mógłby przestać występować, ale... nawet to lubił. Treningi do tego występu były jedną z niewielu rzeczy, jakie w ostatnich dniach przyniosły mu prawdziwy spokój. Może i zwymiotował właśnie ze stresu i miał poczucie zrobienia czegoś wbrew własnej naturze, ale burzenie murów jeszcze nigdy nie przyniosło mu takiego poczucia satysfakcji.
Widział oczy tych ludzi i rozumiał, że podobało im się to, co stworzył.
- Taaa, jest coś w twojej twarzy... - zażartował. Przy tak stłumionym głosie brzmiało to dosyć żałośnie. Skorzystał z jego pomocy, ale niczego nie robił chętnie. Ha, tak naprawdę to sporo oddałby za uczucie dotyku tych delikatnych dłoni na swojej twarzy i jeszcze kilka (naprawdę... tylko kilka) słów troski, ale jednocześnie dostrzegał już jakąś subtelną różnicę - czuł coś do Laurenta, ale to różniło się od tego, co związało go z pozostałą dwójką. Nie potrafił tylko zrozumieć co, udawał więc, jak zawsze na początku ich spotkań z zeszłego miesiąca, że wcale mu nie zależy. - Naprawdę dajesz mi wodę święconą? - Uniósł w górę brwi, skupiając się całym sobą, żeby jakoś ustabilizować to, jak mówił. Musiał być Crowem, tylko w tej postaci nie potrafił być subtelny. - Napluj do niej, to może nie wypali mi wnętrzności.
Ostatecznie to... zasłużył sobie na to, żeby dostać od Alexandra w mordę. Teraz zirytowany na niego był też Prewett. Fajnie. Naprawdę chciałby się zmienić, ale wystarczyło mu kilkanaście dni braku zainteresowania, żeby wzywał go syreni śpiew i te żeglarskie bzdury. Kilka dni temu powiedział mu, że to koniec, nigdy więcej, od dziś będzie wierny, nuh-uh, a teraz wiedział - dostanie jakikolwiek rozkaz z tych ust i tak się stanie. Złapał nawet tę durną butelkę z wodą święconą. Dałby mu zrobić z siebie głupka? W sumie to już dał, tego dnia kiedy miotał się z pożądania jak obłąkany, a on gasił go lub rozpalał jednym zdaniem.
- Wziąłem go na miarę - wyjaśnił. I kompletnie nie rozumiał, dlaczego Laurent oddał mu ten pierścionek na zawsze. Co on niby miał z nim zrobić? Nosić sobie na szczęście? Chyba na pecha. Nie chciał niszczyć jego ani siebie. W jego idealnym świecie nić, jaka ich łączyła była czysta. Pozbawiona bólu, który na nich zrzucił durnymi decyzjami. Nie istniało żadne jebane napięcie, istniało wsparcie, to była nić porozumienia.
Nie zaczerwienił się, jedynie wpatrywał się w niego tępo, przyjmując tę paczkę pralinek. Normalnie kiedy dostawał coś tak drogiego, pierwszą myślą wpadającą mu do głowy było podzielenie się tym z bliskimi. Alexander miałby czekoladę gdzieś, Cain by się z niej ucieszył. Ale nie z tej konkretnej. Tutaj musiał zgodzić się z obojgiem - czasami kochać kogoś znaczyło, że powinieneś darować sobie pewne detale i oszczędzić wszystkim żenady.
Chciał mu na to odpowiedzieć, ale zanim zebrał się na odwagę, w zasięgu ich wzroku pojawił się Jim. Reakcją Crowa na to, co jego brat miał do powiedzenia na temat trzymanej przez niego butelki, było nieudane powstrzymanie parsknięcia. Nawet nie próbował z tym walczyć, od razu wylał zawartość na bruk, chcąc oszczędzić mu gniewu. Od unoszenia brwi robiły się zmarszczki na czole. Taak, powinien wziąć to na poważnie, bo Jim traktował to poważnie, ale na litość boską (hehe) jak on miał się nie zaśmiać z tych wszystkich biblijnych porównań, tak wesoło zahaczających o nieznane starszemu Bellowi detale jego biografii?
- Dał mi czekoladki w prezencie za dobry występ - powiedział spokojnie, szczerze licząc na to, że Laurent ten spokój podłapie. - Chcesz? - Zapytał, podając mu pudełko, z którego zdążył już wyżreć dwie, kiedy Jim krzyczał coś o Judaszu. To był też jego sukces. Blondyn dobrze odczytał to, czym mógł sobie Crowa zawsze udobruchać - on naprawdę lubił słodycze. - Nie. - Pokręcił głową. W gruncie rzeczy... ha, to skutecznie odwróciło jego uwagę od wszelakich problemów. Ułożył dłoń na ramieniu Laurenta, dając Jimowi wylać z siebie kolejne wiadro pomyj.
- Muszę mu coś dać, zanim stąd pójdzie. - A ta rzecz znajdowała się w jego kurce pozostawionej w namiocie. Nie miał tego przy sobie. - Laurencie, to jest mój brat Jim, zaklinacz ognia. Jimie, to jest Laurent, eee, czym ty się właściwie zajmujesz? Lubi konie, czy coś tam.
Z trudem podniósł się z tego stołka.
- A później chcę iść do koła fortuny - oznajmił.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.