Geraldine miała wyśmienity humor, poprawił jej się on bardzo po tym, jak pocieszyła smutne dzieciaki. Najwyraźniej salto wystarczyło, aby rozbawić każdego, może nie do końca zrozumiały o co jej chodziło, pomylili ją z ekipą cyrkową, ale to nie było ważne. Mały Dżon się uśmiechnął, nie liczyło się nic więcej, może jednak miała w sobie jakieś resztki instynktu macierzyńskiego... Potrząsnęła głową, aby oddalić od siebie te myśli, aż tak to jej jeszcze nie pomyliło.
W końcu nadszedł moment, w którym to ona miała wejść na scenę. Zaczęła się trochę stresować po tym, jak zaprezentował się cyrk. Widziała na scenie Edga, znaczy Crowa, nie wiedziała, że został cyrkowcem i że umie robić takie cuda. Świat był jak widać pełen tajemnic, które ciągle odkrywała. Chciała mu pogratulować tego pięknego przedstawienia, jednak nie zdążyła, bo ekipa Artemis zaczęła ładować się na scenę. Nie miała pojęcia, jak ojciec jej się za to odpłaci, ale w końcu i ona tam wlazła.
Dźwięk gwizdka, jakże przyjemny zwrócił na nich uwagę. Yaxley stała na scenie, w lewej dłoni trzymała łuk i uśmiechała się dosyć głupio, zdecydowanie nie do końca wiedziała co ma robić, nie miała w sobie zbyt wiele ze zwierzęcia scenicznego.
Na szczęście nie była tutaj sama, a w towarzystwie kilku członków Artemis, którzy na jej prośbę rozstawili na scenie trzy tarcze. Zabezpieczyli też okolice sceny zaklęciem rozpraszającym, żeby przypadkiem nikt z publiki nie ucierpiał. W przeciwieństwie do Gerarda jego córka dbała o bezpieczeństwo ludzi.
- Witam państwa. - Odchrząknęła, aby zwrócić na siebie uwagę. - Zapraszam trzech chętnych na scenę. Urządzimy mały konkurs strzelniczy, oczywiście najpierw przeprowadzę krótki instruktaż. - Gerry rozglądała się po tłumie, licząc na to, że może uda jej się dostrzec jakąś znajomą twarz, że ktoś się nad nią zlituje i tu wlezie, żeby ułatwić jej ten występ.