06.01.2023, 00:54 ✶
Przez jasną, ładną, jeszcze dziecinną twarz Daisy przemknęła nieskrywana irytacja. Nie była aurorem. Nie była też wariatką atakującą innych, nawet jeśli ci inni wyglądali jakby mogli zaatakować ją. Co sobie Trevor wyobrażał? Że prosząc go o pomoc, ukrywała przypadkiem wielki talent do walki? I kiedy tak sobie uciekali, miała się nagle zacząć popisywać confundusami, drętwotami i tak dalej? W takim wypadku nie prosiłaby go w ogóle o pomoc.
Ostatecznie jednak tylko przewróciła oczami. Stojący naprzeciwko niej mężczyzna był stary, pewnie z pięć razy starszy od niej. W pełnym wymyślonych historii umyśle Daisy, starzy ludzie czasami gadali głupoty, trzeba było im wybaczyć.
Roześmiała się odruchowo, gdy napomknął o pieniądzach. Absurdalność całej sytuacji jakby uderzyła w nią z całą swoją mocą. I jakoś tak inaczej spojrzała na Yaxleya. Do tej pory wydawało jej się, że uratował ją jakiś złowieszczy klątwołamacz, stary facet z ponurą historią, zgorzkniały auror na emeryturze albo ktoś podobny.
Ale rzeczywistość pewnie była dużo bardziej prozaiczna. Mógł być zwykłym biedakiem, bezdomnym, pijaczkiem, który przypadkiem zaplątał się na marsz i zdobył się na jakiś akt heroizmu (może z nadzieją, że zarobi, a może po to by samemu sobie coś udowodnić).
Twarz Daisy pozieleniała ze strachu. Co uzmysłowiła sobie po paru sekundach, mógł być też w zmowie z tamtym. Dlatego tak się wściekał o aparat i robienie zdjęć. A ona rzeczywiście była łatwym celem. Sięgnęła po portfel, myśląc tylko o tym, żeby wcisnąć mu w ręce jego zawartość, a potem uciec jak najszybciej.
- Masz – wysypała zawartość na rękę Trevora. Nie było tego dużo: dwa galeony, kilka sykli i ze dwadzieścia brązowych knutów. – Jak widzisz nie mam więcej – odskoczyła od niego dość zwinnie, bo coraz bardziej się go bała. Jej głos też stał się wyższy i bardziej piskliwy.
Cofała się powoli, wciąż obserwując Yaxleya. A potem rzuciła się do ucieczki, by czym prędzej skręcić w jedną z uliczek i aportować się.
Łącznie słów: ok. 2359.
Ostatecznie jednak tylko przewróciła oczami. Stojący naprzeciwko niej mężczyzna był stary, pewnie z pięć razy starszy od niej. W pełnym wymyślonych historii umyśle Daisy, starzy ludzie czasami gadali głupoty, trzeba było im wybaczyć.
Roześmiała się odruchowo, gdy napomknął o pieniądzach. Absurdalność całej sytuacji jakby uderzyła w nią z całą swoją mocą. I jakoś tak inaczej spojrzała na Yaxleya. Do tej pory wydawało jej się, że uratował ją jakiś złowieszczy klątwołamacz, stary facet z ponurą historią, zgorzkniały auror na emeryturze albo ktoś podobny.
Ale rzeczywistość pewnie była dużo bardziej prozaiczna. Mógł być zwykłym biedakiem, bezdomnym, pijaczkiem, który przypadkiem zaplątał się na marsz i zdobył się na jakiś akt heroizmu (może z nadzieją, że zarobi, a może po to by samemu sobie coś udowodnić).
Twarz Daisy pozieleniała ze strachu. Co uzmysłowiła sobie po paru sekundach, mógł być też w zmowie z tamtym. Dlatego tak się wściekał o aparat i robienie zdjęć. A ona rzeczywiście była łatwym celem. Sięgnęła po portfel, myśląc tylko o tym, żeby wcisnąć mu w ręce jego zawartość, a potem uciec jak najszybciej.
- Masz – wysypała zawartość na rękę Trevora. Nie było tego dużo: dwa galeony, kilka sykli i ze dwadzieścia brązowych knutów. – Jak widzisz nie mam więcej – odskoczyła od niego dość zwinnie, bo coraz bardziej się go bała. Jej głos też stał się wyższy i bardziej piskliwy.
Cofała się powoli, wciąż obserwując Yaxleya. A potem rzuciła się do ucieczki, by czym prędzej skręcić w jedną z uliczek i aportować się.
Łącznie słów: ok. 2359.