06.01.2023, 13:04 ✶
Akurat śmierć była najprostszą kwestią w całym tym roztrząsaniu o duchach. Przecież mogło do niej dojść na wiele różnych sposobów, wystarczyło nawet przewrócić się w zły sposób i… Już rodziła mu się w głowie teoria, że duchem zostawało się, gdy zginęło się z ręki własnej lub drugiego człowieka, ale zaraz po tym przypomniał sobie o istnieniu Binnsa. O ile jakiś niecierpliwy uczeń nie dolał mu czegoś do herbaty, licząc na to, że pozbędzie się nudnego profesora na dobre, tylko – jak mówili pozostali nauczyciele – zasnął w fotelu i nawet nie ogarnął, że umarł, to na tyle z przekonania o tym, jak zostać duchem.
- Bo są o wiele lepszym źródłem historycznym, jeśli wiesz, co mam na myśli. Książka ogranicza się do tego, co napisał autor, nic więcej, czasem mniej jak część tekstu zaginie. A duchy? Możesz dopytywać do skutku, o ile w ogóle chcą z tobą rozmawiać – odpowiedział mu. Nie było to zbyt miłe względem udręczonych dusz, które jedynie szukały spokoju wśród żywych, ale nic nie mógł poradzić na to, że akurat ta odpowiedź była prawdziwa. Kiedyś sam chciał być duchem, myśląc, że będzie mógł czytać do woli, nie myśląc o śnie, jedzeniu i innych podstawowych potrzebach żywego człowieka. Dopiero z czasem do niego dotarło, że w bezcielesnej formie niczego by nie udźwignął.
- Hm, nawet by się zgadzało. Masz talent do oceniania ludzi – zażartował, chociaż wiedział, że w kwestii szwendania się po nieprzyjemnych ulicach i pomagania Cynthii w jej szemranych interesach akurat miał rację. Gdyby nie to, że miał dług wdzięczności względem siostry Flinta, pewnie nie dałby się jej tak łatwo omotać, w tym wypadku jednak musiał załatwiać jej różne dziwne składniki eliksirów, skoro wiedział, gdzie szukać.
Zdziwiło go, że Cynthia przez tyle dni nie zainteresowała się swoją własnością, ale w gruncie rzeczy musiała być bardzo zajęta, bo on sam też nie widział jej od kilku dobrych tygodni. Przyjął więc z ulgą to, że nie oberwało mu się za zniszczenia, w czym Castiel najwidoczniej pomógł, choć chyba nie do końca o tym pamiętał. W przebiegu ostatnich wydarzeń to nawet nie było jakoś szczególnie istotne. Miał wrażenie, że czasy, kiedy mógł w spokoju coś poczytać, minęły wieki temu. Im był starszy i im więcej miał na głowie, tym zegar zdawał się szybciej tykać. To już nie te dni, kiedy mógł spędzać leniwe popołudnia na trawniku przed zamkiem albo w bibliotece.
- Ale nie zrobisz tego, jeśli w pobliżu będą mugole. Skąd wiesz, czy ktoś nie gapi się teraz przez okno? Nie sprawdzisz ich wszystkich. – Wzruszył ramionami, uśmiechając się złośliwie. Castiel nie znał tego miejsca, nie orientował się, w której ślepej uliczce między budynkami można się ukryć. Może i były to czasy, w których mugole nakręcali się na istnienie sił nadprzyrodzonych i zażywali takie specyfiki, które podsyłały im obrazy przerastające nawet świat magii, ale lepiej, żeby do gazet nie trafiła informacja o dwóch nagle znikających mężczyznach. Ministerstwo od razu by się zorientowało.
W taki sposób, jak teraz, mógł sobie u niego grabić całe życie. Chociaż Castiel temu zaprzeczał, Fergus wyczuwał, że tego chciał. Drażnienie się z nim sprawiało mu przy tym niemałą frajdę.
- Żyję – wydukał, krzywiąc się na pulsujący ból pleców, który jednak z każdą chwilą stawał się lżejszy. Gdyby nie wciąż szybko bijące serce, pewnie zdołałby nawet zapomnieć, że cokolwiek uderzyło mu w głowę, omal nie doprowadzając do zawału.
Zagapił się na blondyna, w te jego iskrzące, błękitnozielone oczy, które przyciągały go jak magnes, czując przejmującą ochotę złapania go za kołnierz i pociągnięcia w swoją stronę, ale ten schylił się po list, który najwyraźniej był zaadresowany do niego.
- Oni nie mają co robić w niedzielę po południu? – zdziwił się, unosząc brew i zaglądając mu przez ramię. Ciekawość wygrała, a to, że niby „przypadkowo” mógł się przy okazji o niego oprzeć, tylko ją nakręcała. – Zbierasz antyki, czy to jakaś czarno magiczna zabawka? Z którego roku to w ogóle pochodzi, że przetrwało do dzisiaj? – zaintrygował się, jednocześnie zastanawiając się, ile Flintowie, do jasnej cholery, musieli mieć pieniędzy, że było go stać na sprowadzanie kilku egzemplarzy takich przedmiotów, wymagających do tego miliona spraw urzędowych, które też nie mogły być tanie.
Szybko otrzymał odpowiedź na to, że chodziło przede wszystkim o klątwę. Fakt, że nigdy nie natrafił w żadnej książce na wzmiankę o tym puzderku, tym bardziej go ciekawił. Nawet jeśli nie potrafiłby z czymś takim pracować, samo istnienie takiego przedmiotu było już wystarczająco dobrym powodem, by czegoś się o nim dowiedzieć. Słuchał Castiela jak zaczarowany, nie do końca wiedząc, czy chodziło o to, o czym opowiadał, czy o samo to, że w ogóle do niego mówił, wydając się tak bardzo wkręcony w tę sprawę. Gapił się na niego, co jakiś czas tylko upewniając się, że idą w odpowiednim kierunku i że daje znaki życia, że w ogóle cokolwiek do niego dociera.
- A nie o to właśnie chodzi, że rzuca się klątwę na coś cennego, żeby zrobić na złość jego właścicielowi, albo uchronić przed kradzieżą, lub po prostu przyciągnąć jakiegoś naiwniaka? – zauważył. Brzydkie miało to do siebie, że odpychało. Misterna biżuteria, zdobione kamieniami szkatułki czy misterne meble intrygowały kolekcjonerów, ale też złodziei. A klątwy nie zawsze miały być złośliwością, ale niekiedy też obroną.
- Cas, zdajesz sobie sprawę, że mugole nie żyją w jaskiniach? – upewnił się, parskając śmiechem. Przecież sam mieszkał wśród mugoli, mówił o nich, gdy znaleźli się w porcie. Dlaczego traktował ich jak jakieś niższe formy, które nie poradziłyby sobie z technologią, czy nawet architekturą? – Jak ty przetrwałeś na dworcu? – dopytał, wciąż się z niego śmiejąc.
Poprowadził go w kierunku najbliższej wolnej ławki, na której usiedli. Trochę zmachał się tym marszem, choć bardziej zmęczył go chyba tamten tłum w Dziurawym Kotle i przepychanka do wyjścia. Nie miał najlepszej kondycji, zwłaszcza że masakrował swoje płuca dymem z papierosów. W okolicy spacerowało trochę osób, za ich plecami rozpościerał się całkiem przyjemny park z mnóstwem dziwnych rzeźb przedstawiających jakieś mugolskie postaci, a przed nimi Tamiza, po której płynęła jakaś turystyczna łódź. I Fergus widział, że to właśnie rzeka najbardziej przyciągała spojrzenie Castiela.
- Bo są o wiele lepszym źródłem historycznym, jeśli wiesz, co mam na myśli. Książka ogranicza się do tego, co napisał autor, nic więcej, czasem mniej jak część tekstu zaginie. A duchy? Możesz dopytywać do skutku, o ile w ogóle chcą z tobą rozmawiać – odpowiedział mu. Nie było to zbyt miłe względem udręczonych dusz, które jedynie szukały spokoju wśród żywych, ale nic nie mógł poradzić na to, że akurat ta odpowiedź była prawdziwa. Kiedyś sam chciał być duchem, myśląc, że będzie mógł czytać do woli, nie myśląc o śnie, jedzeniu i innych podstawowych potrzebach żywego człowieka. Dopiero z czasem do niego dotarło, że w bezcielesnej formie niczego by nie udźwignął.
- Hm, nawet by się zgadzało. Masz talent do oceniania ludzi – zażartował, chociaż wiedział, że w kwestii szwendania się po nieprzyjemnych ulicach i pomagania Cynthii w jej szemranych interesach akurat miał rację. Gdyby nie to, że miał dług wdzięczności względem siostry Flinta, pewnie nie dałby się jej tak łatwo omotać, w tym wypadku jednak musiał załatwiać jej różne dziwne składniki eliksirów, skoro wiedział, gdzie szukać.
Zdziwiło go, że Cynthia przez tyle dni nie zainteresowała się swoją własnością, ale w gruncie rzeczy musiała być bardzo zajęta, bo on sam też nie widział jej od kilku dobrych tygodni. Przyjął więc z ulgą to, że nie oberwało mu się za zniszczenia, w czym Castiel najwidoczniej pomógł, choć chyba nie do końca o tym pamiętał. W przebiegu ostatnich wydarzeń to nawet nie było jakoś szczególnie istotne. Miał wrażenie, że czasy, kiedy mógł w spokoju coś poczytać, minęły wieki temu. Im był starszy i im więcej miał na głowie, tym zegar zdawał się szybciej tykać. To już nie te dni, kiedy mógł spędzać leniwe popołudnia na trawniku przed zamkiem albo w bibliotece.
- Ale nie zrobisz tego, jeśli w pobliżu będą mugole. Skąd wiesz, czy ktoś nie gapi się teraz przez okno? Nie sprawdzisz ich wszystkich. – Wzruszył ramionami, uśmiechając się złośliwie. Castiel nie znał tego miejsca, nie orientował się, w której ślepej uliczce między budynkami można się ukryć. Może i były to czasy, w których mugole nakręcali się na istnienie sił nadprzyrodzonych i zażywali takie specyfiki, które podsyłały im obrazy przerastające nawet świat magii, ale lepiej, żeby do gazet nie trafiła informacja o dwóch nagle znikających mężczyznach. Ministerstwo od razu by się zorientowało.
W taki sposób, jak teraz, mógł sobie u niego grabić całe życie. Chociaż Castiel temu zaprzeczał, Fergus wyczuwał, że tego chciał. Drażnienie się z nim sprawiało mu przy tym niemałą frajdę.
- Żyję – wydukał, krzywiąc się na pulsujący ból pleców, który jednak z każdą chwilą stawał się lżejszy. Gdyby nie wciąż szybko bijące serce, pewnie zdołałby nawet zapomnieć, że cokolwiek uderzyło mu w głowę, omal nie doprowadzając do zawału.
Zagapił się na blondyna, w te jego iskrzące, błękitnozielone oczy, które przyciągały go jak magnes, czując przejmującą ochotę złapania go za kołnierz i pociągnięcia w swoją stronę, ale ten schylił się po list, który najwyraźniej był zaadresowany do niego.
- Oni nie mają co robić w niedzielę po południu? – zdziwił się, unosząc brew i zaglądając mu przez ramię. Ciekawość wygrała, a to, że niby „przypadkowo” mógł się przy okazji o niego oprzeć, tylko ją nakręcała. – Zbierasz antyki, czy to jakaś czarno magiczna zabawka? Z którego roku to w ogóle pochodzi, że przetrwało do dzisiaj? – zaintrygował się, jednocześnie zastanawiając się, ile Flintowie, do jasnej cholery, musieli mieć pieniędzy, że było go stać na sprowadzanie kilku egzemplarzy takich przedmiotów, wymagających do tego miliona spraw urzędowych, które też nie mogły być tanie.
Szybko otrzymał odpowiedź na to, że chodziło przede wszystkim o klątwę. Fakt, że nigdy nie natrafił w żadnej książce na wzmiankę o tym puzderku, tym bardziej go ciekawił. Nawet jeśli nie potrafiłby z czymś takim pracować, samo istnienie takiego przedmiotu było już wystarczająco dobrym powodem, by czegoś się o nim dowiedzieć. Słuchał Castiela jak zaczarowany, nie do końca wiedząc, czy chodziło o to, o czym opowiadał, czy o samo to, że w ogóle do niego mówił, wydając się tak bardzo wkręcony w tę sprawę. Gapił się na niego, co jakiś czas tylko upewniając się, że idą w odpowiednim kierunku i że daje znaki życia, że w ogóle cokolwiek do niego dociera.
- A nie o to właśnie chodzi, że rzuca się klątwę na coś cennego, żeby zrobić na złość jego właścicielowi, albo uchronić przed kradzieżą, lub po prostu przyciągnąć jakiegoś naiwniaka? – zauważył. Brzydkie miało to do siebie, że odpychało. Misterna biżuteria, zdobione kamieniami szkatułki czy misterne meble intrygowały kolekcjonerów, ale też złodziei. A klątwy nie zawsze miały być złośliwością, ale niekiedy też obroną.
- Cas, zdajesz sobie sprawę, że mugole nie żyją w jaskiniach? – upewnił się, parskając śmiechem. Przecież sam mieszkał wśród mugoli, mówił o nich, gdy znaleźli się w porcie. Dlaczego traktował ich jak jakieś niższe formy, które nie poradziłyby sobie z technologią, czy nawet architekturą? – Jak ty przetrwałeś na dworcu? – dopytał, wciąż się z niego śmiejąc.
Poprowadził go w kierunku najbliższej wolnej ławki, na której usiedli. Trochę zmachał się tym marszem, choć bardziej zmęczył go chyba tamten tłum w Dziurawym Kotle i przepychanka do wyjścia. Nie miał najlepszej kondycji, zwłaszcza że masakrował swoje płuca dymem z papierosów. W okolicy spacerowało trochę osób, za ich plecami rozpościerał się całkiem przyjemny park z mnóstwem dziwnych rzeźb przedstawiających jakieś mugolskie postaci, a przed nimi Tamiza, po której płynęła jakaś turystyczna łódź. I Fergus widział, że to właśnie rzeka najbardziej przyciągała spojrzenie Castiela.