W Cyrku należy spodziewać się wielu rzeczy, ale nie spokoju. Nie normalności. Spodziewasz się więc wszystkiego, a i tak cię zaskakują - jak na przykład nawiedzony klecha, który nagle pojawi się scenariuszu twojego życia, a ty przegapiasz moment jego wejścia. On już tu jest. Płomień żywiący się wiernością, umysł klarowny tylko dla samego siebie - dla reszty świata pochłonięty smogiem i niezrozumiałym tańcem dymu unoszącym się na wietrze. Splatały się w figury, przybierały fantazyjne wzory - tylko gdzie wzorzec? Wzorca nie ma. Zaakceptujesz jego świętość umiłowaną, albo licz się z egzorcyzmami. Nie mogliśmy liczyć na nic pośrodku.
Nie powinno więc dziwić, że wijący się wąż wężem nazwany zostanie, a mimo to Laurent tych słów nawet od razu nie dopasował do nich. Nawet uśmiechnął się pod nosem na słowa, które wydobyły się z ust Flyna i chciał rzucić zadziornym napluć to ja mogę na ciebie, chociaż zdecydowanie nie był to jego osobisty kink. Wzruszył lekko ramionami, rozkładając je w geście bezradności. Miał też powiedzieć, że na razie innej nie ma - musi się zadowolić więc wodą jak wodą. Może rzeczywiście powinien się nie dziwić, kiedy coś takiego na jego oczach pochłonęłoby w świętych płomieniach kogoś takiego jak Crow? Nie, powinno go to dziwić zdecydowanie, mimo to wziął to kolejne na żart delikatnie budujący lepszą atmosferę. Nawet potrafił zapominać swoje frustracje i pomijać niezrozumienia (nieporozumienia, na pewno!), szczególnie, że zaraz jego mózg został zajęty jakże nieinteligentnym, powtarzającym się pytaniem: "na miarę..?" Tak jakby to stwierdzenie z ust Flynna zatrzymało wszystkie procesy, które w jego głowie potrafiły zajść. Może to właśnie ten pech, że w takim skonfundowaniu przyszedł prawdziwy Płomień Boga, choć Flynn nie zdążył nawet dobrze złapać tej butelki, ledwo ją wziął w swoje palce.
Z początku Laurent nawet nie załapał, że to do niego.
A pralinki wcale nie były wielce drogie - bo były wyrobami Nory. Laurent nie uważał, żeby lepszy cukiernik spacerował im po Londynie.
Instynktownie podniósł się z kucania, spoglądając dużymi oczami na te płonące, w którym ugrzęzła boska sprawiedliwość - tylko dla kogo? Dla niego? Niby słyszał te słowa, ale jednocześnie nie do końca do niego docierały. Były piękne - wypełnione pasją, wiarą tak głęboką, że pożerała całą duszę i pozwalały jej odnawiać się na nowo. Nie było tam miejsca na popiół - był wieczny żar. Przygasał nocą? Być może. Teraz rozkładał skrzydła i pod nimi chciał schować... nie, nie chciał - on chował pod nimi Flynna. Spojrzał na czarnowłosego, który wylał tę wodę, chociaż nie rozumiał zupełnie, dlaczego. Jeszcze nie. Znów spojrzał na Jima - dzika bestia, która gorejąc może rzucić się do gardła, czy wszyscy tutaj tacy byli? Pełni agresji? Czy może to tylko wobec niego ta agresja była celowana? Co Flynn im wszystkim naopowiadał, przecież sobie na to nie zasłużył...
Niestety ten spokój był bardzo mizernie łapany przez Laurenta. Wręcz przeciwnie - aż się napiął, mając ochotę odpowiedzieć na wszystkie te słowa, ale się powstrzymywał. Po co? Jakby mu zależało, a przecież... co to miało za znaczenie? Żeby Flynn nie musiał potem gasić pożarów? Niech gasi! Zasługiwał na to, żeby zostać strażakiem tego miejsca, skoro potrafił tak doskonale pogrywać sobie z innymi ludźmi i ich emocjami.
- Och, to raczej on zadziera ze mną. - Rzucił kpiąco, z paskudnym uśmieszkiem. Chciał się powstrzymać. Kiedy emocje człowieka przytłaczają to nagle okazuje się, że czasami jest to wręcz niemożliwe. Coś w tobie po prostu pęka. Na tym sabacie już za dużo się tego zebrało. Powstrzymał się za to przed dalszymi komentarzami, kiedy wybrzmiał spokojniejszy głos Flynna i kiedy poczuł jego dotyk na swoim ramieniu. Aż drgnął, nie spodziewając się tego kontaktu. Zanim stąd pójdzie. A miał się wynosić, tak? Czym ty się właściwie zajmujesz? Lubi konie czy coś tam. Czy to niemal zawsze musiało być takie jednostronne? Czy może to już znów nadmiar emocji grał swoje skrzypce, że wszystko wydawało się śliczną bujdą na kółkach, żeby tylko skończyć w łóżku raz, drugi trzeci, a potem karać samego siebie, bo zraniło się Alexandara, którego z imienia nawet nie znał?
Odsunął się od Flynna, bo jego dotyk był teraz straszny.
- Sam złóż mi się w ofierze między nogami, słodziaku. Pasowałbyś na kolanach w modlitwie przede mną. - Rzucił do Jima znów z tym aroganckim uśmieszkiem, nim się obrócił, żeby schylić się po koszyk. - Diva. - Kotka wyskoczyła zza stołka i wskoczyła do koszyka, przylegając do niego niemal na płasko, z położonymi po sobie uszami, machając nerwowo ogonem i gapiąc się wielkimi ślepiami na Flynna i Jima. Skierował się do wyjścia, ale cwany uśmieszek zniknął z jego ust po paru krokach od odwrócenia się do nich plecami.