21.06.2024, 19:05 ✶
Pokręcił głową, gdy Isaac zaproponował, że potrzyma jego torbę. Nie było takiej potrzeby, po prostu... Musiał na nowo zorientować się w sytuacji, w jakiej został postawiony, gdy w obcej osobie rozpoznał znaną mu twarz. Chwila szoku. Nic więcej.
— Do mnie to jakoś nie trafia — odparł niepewnie, przyglądając się dokładniej wzorom na koszuli czarodzieja. — Wolę prosty kolory. I prostą kolorystykę. Czernie, szarości, czasem pastele, jeśli czuję się danego dnia wyjątkowo odważny.
W swoich słowach starał się balansować na krawędzi szczerości względem własnych upodobań, a krytyki układu kolorystycznego na koszuli Isaaca. Jeśli lubił przyciągać uwagę, to na pewno mu się to udało; chyba nie było w parku osoby, która, chociaż na moment by na niego nie zerknęła przez ten jeden ciuch. Zanim jednak nabrał odwagi na kontynuowanie swego wywodu, Bagshot zdradził mu, że jego priorytety uległy zmianie. Zamrugał zdziwiony.
— Dzięki Matce, tylko byś sobie kłopotów narobił. A podejrzewam, że po Windermere i Lammas i tak masz już wystarczająco dużo rzeczy do pisania.
Pokiwał głową. Babranie się w konflikcie Śmierciożerców i Lorda Voldemorta z Ministerstwem Magii nigdy nie było zbyt dobrym pomysłem. Zwłaszcza w kontekście chęci ''pokazania każdej z perspektyw''. Wzdrygnął się na samą myśl, że na progu domu Bagshota mogliby pojawić się kiedyś zamaskowani czarnoksiężnicy. Już chyba lepiej, jak Nora Figg albo Mulciberowie obrażą się za niedostatecznie pozytywną opinię na temat swoich stoisk. Jakoś nie potrafił sobie wyobrazić tej blondyneczki grożącej komuś potraktowaniem zaklęciem niewybaczalnym.
— Zlecenie dla departamentu — doprecyzował, darując sobie recytowanie konkretnego biura, w jakim pracował w Ministerstwie Magii. — Wizyta domowa u eee osoby z problemami duchowymi — rzucił, starając się nie wchodzić zbyt głęboko w personalne sprawy swoich klientów. Ofiary opętania z reguły niezbyt przepadały za atencją. To tak jakby był lekarzem i zaczął rozgadywać się o chorym z imienia i nazwiska. — No... No dobrze, prowadź.
No dalej Sebastianie, przecież tak zachowują się normalni ludzie, pomyślał przelotnie, zbierając się w sobie, aby podążyć za Issaciem. Jeden oddech, drugi, a po chwili zrównał się już z nowym kolegą. Zdecydowanie powinien popracować nad kontaktami z innymi ludźmi. Już w czasach szkolnych była to jego pięta achillesowa, a z biegiem lat sytuacja wcale nie uległa jakiejś szczególnej poprawie. W sumie obecność Brenny i Patricka w jego życiu była pierwszą większą zmianą w tej kwestii, bo wręcz przytłaczali go swoją obecnością. Zwłaszcza Longbottom.
— Do mnie to jakoś nie trafia — odparł niepewnie, przyglądając się dokładniej wzorom na koszuli czarodzieja. — Wolę prosty kolory. I prostą kolorystykę. Czernie, szarości, czasem pastele, jeśli czuję się danego dnia wyjątkowo odważny.
W swoich słowach starał się balansować na krawędzi szczerości względem własnych upodobań, a krytyki układu kolorystycznego na koszuli Isaaca. Jeśli lubił przyciągać uwagę, to na pewno mu się to udało; chyba nie było w parku osoby, która, chociaż na moment by na niego nie zerknęła przez ten jeden ciuch. Zanim jednak nabrał odwagi na kontynuowanie swego wywodu, Bagshot zdradził mu, że jego priorytety uległy zmianie. Zamrugał zdziwiony.
— Dzięki Matce, tylko byś sobie kłopotów narobił. A podejrzewam, że po Windermere i Lammas i tak masz już wystarczająco dużo rzeczy do pisania.
Pokiwał głową. Babranie się w konflikcie Śmierciożerców i Lorda Voldemorta z Ministerstwem Magii nigdy nie było zbyt dobrym pomysłem. Zwłaszcza w kontekście chęci ''pokazania każdej z perspektyw''. Wzdrygnął się na samą myśl, że na progu domu Bagshota mogliby pojawić się kiedyś zamaskowani czarnoksiężnicy. Już chyba lepiej, jak Nora Figg albo Mulciberowie obrażą się za niedostatecznie pozytywną opinię na temat swoich stoisk. Jakoś nie potrafił sobie wyobrazić tej blondyneczki grożącej komuś potraktowaniem zaklęciem niewybaczalnym.
— Zlecenie dla departamentu — doprecyzował, darując sobie recytowanie konkretnego biura, w jakim pracował w Ministerstwie Magii. — Wizyta domowa u eee osoby z problemami duchowymi — rzucił, starając się nie wchodzić zbyt głęboko w personalne sprawy swoich klientów. Ofiary opętania z reguły niezbyt przepadały za atencją. To tak jakby był lekarzem i zaczął rozgadywać się o chorym z imienia i nazwiska. — No... No dobrze, prowadź.
No dalej Sebastianie, przecież tak zachowują się normalni ludzie, pomyślał przelotnie, zbierając się w sobie, aby podążyć za Issaciem. Jeden oddech, drugi, a po chwili zrównał się już z nowym kolegą. Zdecydowanie powinien popracować nad kontaktami z innymi ludźmi. Już w czasach szkolnych była to jego pięta achillesowa, a z biegiem lat sytuacja wcale nie uległa jakiejś szczególnej poprawie. W sumie obecność Brenny i Patricka w jego życiu była pierwszą większą zmianą w tej kwestii, bo wręcz przytłaczali go swoją obecnością. Zwłaszcza Longbottom.