21.06.2024, 20:49 ✶
To był dobry czas na spacer. Było jeszcze wcześnie i w miarę jasno, bo słońce powoli chowało się za horyzontem. Letni wietrzyk muskał odsłoniętą, jasną skórę Roselyn, która postanowiła tego wieczoru udać się - jak większość panien z dobrego domu - na herbatę. Los jednak sprawił, że nie była to herbata z kobietami w jej wieku. Nie była nawet z kobietami. Była z jedną, tą konkretną, jedyną, która mogła rozwiązać jej problem.
A problem nazywał się Anthony Ian Borgin.
Gdziekolwiek nie poszła, wieść o jej narzeczeństwie docierała również tam, gdzie jej kroki. To był cios nie tylko dla niej, ale i całego rodu. Nie tylko dlatego, że chodziło o nazwisko Borgin, ale głównie dlatego, że chodziło o to, że nie taki był plan. Nie taki był plan Rose, nie taki był plan jej ojca. Matka za to... Och, matka piała z zachwytu. Greengrassówna miała tego tak dość, że nie potrafiła wysiedzieć w domu. No i jeszcze te listy z gratulacjami... Jasna cholera.
To dlatego zdecydowała się na odwiedzenie najpierw Podziemnych Ścieżek, a potem na krótki spacer Pokątną. Damie z dobrego domu nie wypadało włóczyć się po Nokturnie, ale czy ona faktycznie była panną z dobrego domu? Tak w środku, w Rose?
Gdy zaczepił ją wyjątkowo wesoły, ewidentnie pijany mężczyzna, z początku chciała go wyminąć. Gdy jednak ją rozpoznał, powstrzymała się przed wyrzuceniem z siebie przekleństwa. Miast tego przywołała na twarz uprzejmy uśmiech i potrząsnęła głową, pozwalając by brązowe, proste pukle wywinięte na końcach rozsypały się na jej ramionach.
- Ach tak? - zapytała tylko uprzejmie, w myślach demolując pierwszy lepszy stolik. Gdyby było tu pod ręką krzesło, niechybnie by po nie sięgnęła i roztrzaskała o pierwszy lepszy murek. Pieprzony Anthony.
Wcale nie chciała po niego iść. Naprawdę - spotkanie Borgina to była ostatnia rzecz, na którą miała w tej chwili ochotę, ale skoro została już zauważona, to nie mogła po prostu tego zignorować. Na kogo by wyszła, jeśli nagle jej "narzeczony" zostałby znaleziony w jakimś rowie, uchlany w trzy dupy? Na Merlina, co on sobie wyobrażał? Rose nabrała powietrza w płuca, powstrzymała odruch sięgnięcia po papierosa i pchnęła drzwi. Myślała, że pójdzie trudniej - będzie musiała przekonywać ludzi, żeby pokazali jej, gdzie siedzi Antek. Miała już nawet skleconą naprędce rzewną historyjkę, która potwierdzałaby tylko fakt, jaką dobrą narzeczoną była. Ale nie było takiej potrzeby. Nie musiała się do tego zniżać, bo ludzie jakby bez słowa wskazali jej miejsce, w którym rozsiadł się Anthony.
- Tylko zjawa mogłaby ci wytknąć wszystkie grzechy, Anthony. Żywemu człowiekowi nie starczyłoby na to lat - odpowiedziała, wygładzając ciemnozieloną, prawie wpadającą w czerń letnią sukienkę. Sięgała połowy łydki, odsłaniając buty na wysokim obcasie. Miały zakryte palce i pięty, lecz przy każdym kroku, który stawiała, stukały niemal złowieszczo. Brązowe włosy Rose miała spięte tak, by złota klamra z zielonymi kamieniami chwytała tylko włosy po bokach. Reszta pukli opadała na jej gołe ramiona, których cienkie ramiączka nie miały zamiar ukrywać. - Jeden z twoich... kolegów spotkał mnie na zewnątrz. Co miałam mu powiedzieć, gdy wytknął mi, jaką jestem CUDOWNĄ narzeczoną i TAK BARDZO się o ciebie martwię?
Zapytała przesłodzonym głosem, chociaż jej oczy ciskały pioruny. Bez skrępowania usiadła obok Antka, gestem przywołując rudą kelnerkę do siebie.
- Poproszę ognistą whisky. Bez lodu - rzuciła, nie obdarzając jej specjalnie spojrzeniem. Czy była zła, że Rose się tu pojawiła tak nagle i być może zaprzepaściła jej szanse na "napiwek", o którym wspominał Anthony? Nawet jeśli: miała to gdzieś. - Możesz nazywać mnie duchem przeszłych grzechów, panie Borgin.
Mruknęła, wyłuskując z niewielkiej torebki papierosa.
A problem nazywał się Anthony Ian Borgin.
Gdziekolwiek nie poszła, wieść o jej narzeczeństwie docierała również tam, gdzie jej kroki. To był cios nie tylko dla niej, ale i całego rodu. Nie tylko dlatego, że chodziło o nazwisko Borgin, ale głównie dlatego, że chodziło o to, że nie taki był plan. Nie taki był plan Rose, nie taki był plan jej ojca. Matka za to... Och, matka piała z zachwytu. Greengrassówna miała tego tak dość, że nie potrafiła wysiedzieć w domu. No i jeszcze te listy z gratulacjami... Jasna cholera.
To dlatego zdecydowała się na odwiedzenie najpierw Podziemnych Ścieżek, a potem na krótki spacer Pokątną. Damie z dobrego domu nie wypadało włóczyć się po Nokturnie, ale czy ona faktycznie była panną z dobrego domu? Tak w środku, w Rose?
Gdy zaczepił ją wyjątkowo wesoły, ewidentnie pijany mężczyzna, z początku chciała go wyminąć. Gdy jednak ją rozpoznał, powstrzymała się przed wyrzuceniem z siebie przekleństwa. Miast tego przywołała na twarz uprzejmy uśmiech i potrząsnęła głową, pozwalając by brązowe, proste pukle wywinięte na końcach rozsypały się na jej ramionach.
- Ach tak? - zapytała tylko uprzejmie, w myślach demolując pierwszy lepszy stolik. Gdyby było tu pod ręką krzesło, niechybnie by po nie sięgnęła i roztrzaskała o pierwszy lepszy murek. Pieprzony Anthony.
Wcale nie chciała po niego iść. Naprawdę - spotkanie Borgina to była ostatnia rzecz, na którą miała w tej chwili ochotę, ale skoro została już zauważona, to nie mogła po prostu tego zignorować. Na kogo by wyszła, jeśli nagle jej "narzeczony" zostałby znaleziony w jakimś rowie, uchlany w trzy dupy? Na Merlina, co on sobie wyobrażał? Rose nabrała powietrza w płuca, powstrzymała odruch sięgnięcia po papierosa i pchnęła drzwi. Myślała, że pójdzie trudniej - będzie musiała przekonywać ludzi, żeby pokazali jej, gdzie siedzi Antek. Miała już nawet skleconą naprędce rzewną historyjkę, która potwierdzałaby tylko fakt, jaką dobrą narzeczoną była. Ale nie było takiej potrzeby. Nie musiała się do tego zniżać, bo ludzie jakby bez słowa wskazali jej miejsce, w którym rozsiadł się Anthony.
- Tylko zjawa mogłaby ci wytknąć wszystkie grzechy, Anthony. Żywemu człowiekowi nie starczyłoby na to lat - odpowiedziała, wygładzając ciemnozieloną, prawie wpadającą w czerń letnią sukienkę. Sięgała połowy łydki, odsłaniając buty na wysokim obcasie. Miały zakryte palce i pięty, lecz przy każdym kroku, który stawiała, stukały niemal złowieszczo. Brązowe włosy Rose miała spięte tak, by złota klamra z zielonymi kamieniami chwytała tylko włosy po bokach. Reszta pukli opadała na jej gołe ramiona, których cienkie ramiączka nie miały zamiar ukrywać. - Jeden z twoich... kolegów spotkał mnie na zewnątrz. Co miałam mu powiedzieć, gdy wytknął mi, jaką jestem CUDOWNĄ narzeczoną i TAK BARDZO się o ciebie martwię?
Zapytała przesłodzonym głosem, chociaż jej oczy ciskały pioruny. Bez skrępowania usiadła obok Antka, gestem przywołując rudą kelnerkę do siebie.
- Poproszę ognistą whisky. Bez lodu - rzuciła, nie obdarzając jej specjalnie spojrzeniem. Czy była zła, że Rose się tu pojawiła tak nagle i być może zaprzepaściła jej szanse na "napiwek", o którym wspominał Anthony? Nawet jeśli: miała to gdzieś. - Możesz nazywać mnie duchem przeszłych grzechów, panie Borgin.
Mruknęła, wyłuskując z niewielkiej torebki papierosa.