06.01.2023, 17:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.01.2023, 17:46 przez Castiel Flint.)
- Tworzysz różdżki więc dlatego chcę żebyś ty moją naprawił a nie twój ojciec czy krewni.- zapewnił o swojej lojalności nawet względem różdżki. Potrafił się uprzeć, a gdy już to robił to rzadko zmieniał zdanie. Nie był obiektywny. Nie znał talentu różdżkarskiego Fergusa a jednak mu ufał. To dosyć ryzykowna decyzja co mogło pokazywać jak bardzo się w nim zakochuje.
- Nie sądzę, aby łatwo było mnie zabić. - uśmiechnął się z nutą tajemniczości, ciesząc się, że Fergus może go wciąż odkrywać. Nie wiedział na przykład o jego zdolnościach związanych z magicznymi pojedynkami. Regularnie ćwiczył nie tylko pływanie (z zamiłowania) ale i ciskanie zaklęć wraz z obroną. Stawiał na rozwiązania praktyczne.
- Możliwe, że od sześciu miesięcy do dwóch lat. Samo tłumaczenie inskrypcji może trwać cztery miesiące. To praca na dłuższy okres czasu lecz bardzo ekscytująca. - żadnej klątwy nie można było usunąć za pojedynczym machnięciem różdżki. Składało się to na wiele aspektów, często związanych z leczeniem alchemicznym. Klątwołamanie miało ścisły związek z wieloma dziedzinami magii - nawet z różdżkotwórcami i ich znajomością drewna czy jego właściwości magicznych.
- Nic. Patrzę sobie na ciebie bo więcej nie mogę.- wzruszył ramionami i pożałował, że nie miał ze sobą kaptura w którym mógłby ukryć połowę twarzy. Czuł się obserwowany przez mugoli.
- Mniej więcej. Najgorsza część tego zawodu, no poza wizytami w szpitalu.- rozmasował policzek, pamiętając ból jaki wyrządziła mu średniowieczna szkatuła, a później samo leczenie.
- Zamiast spaceru wolę pływać ale nigdy nie pozwolono nam przepłynąć jeziora. Zakazać rodzinie żeglarskiej pływania… jak tak można.- zaśmiał się na samą myśl jak we troje rodzeństwa płyną przez jezioro. Później we dwoje bo Cynthia zapałała strachem do wody po śmierci mamy.
Gdy zamilkli, czuł się dobrze. Nie był skrępowany tylko taki… nienasycony. Mógłby rozmawiać z nim całą noc. Przymknął na moment oczy aby zapisać dokładnie w pamięci obraz spokojnej Tamizy i przy nim profil zamyślonego Fergusa. Uśmiechnął się gdy po otwarciu oczu spostrzegł jak się wierci. Ktoś tu nie lubi siedzieć bezczynnie.
- Przysiągłbym, że znalazła cię na piątym roku. To był siódmy? Późno.- jednak skoro nie zwracał na niego uwagi to jak miałby pamiętać szczegóły? Zajmował się swoimi sprawami, szlajaniem się za Brenną, wpadaniem w szlabany, nachodzeniem Zeinady czy przyprawieniem o migrenę szkolnej bibliotekarki.
- To domena Cynthii, nie moja.- zaśmiał się na myśl, że miałby być taki wyniosły i zadziorny jak bliźniaczka. Ona zebrała w sobie ogień, on wodę. Z reguły był łagodny i lekceważył w sobie chęci do bardziej drastycznych metod działania gdy to frustracja zaglądała zza ramienia.
- Miło mi słyszeć, że miała o mnie takie dobre zdanie. Ja to słyszałem non stop, że nie powinienem tak szaleć bo to nie przystoi następcy rodu. - wywrócił oczyma na wspomnienia sprzed lat. Niewiele się od tego czasu pozmieniało. Popatrzył uważniej na Fergusa kiedy ten spiętym głosem wymawiał prawdę. Zmarszczył lekko czoło.
- Nie jestem tak biały jak mnie opisałeś.- rozejrzał się jednak mugole byli daleko a oni nie znajdowali się na samym środku uliczki a na jednej z jej bocznej części. Ta wiedza była mu potrzebna aby położyć na moment dłoń na jego udzie, zasłaniając trochę ich swoim ciałem - jakby tylko zaangażowani rozmawiali.
- Zapewniam, nie masz czego mi zazdrościć. To miłe, co mówisz lecz nie jestem takim jak mnie widziałeś. Jestem… zwyczajny, najbardziej zwyczajny z całej rodziny Flintów. - czując jak dłoń go pali z wytęsknienia z oporem ją uniósł i wstał z ławki. Na twarzy miał wymalowaną tłumioną udrękę. Zwyczajny dziedzic, który spotyka się z mężczyzną. Będzie zakałą rodziny, wywoła skandal, jeśli się to wyda. Wyrzucą go z rodziny, straci prawie wszystko… a i tak nie poszedł po rozum do głowy bo tylko przy Fergusie mógł odpocząć tak, jak zawsze tego pragnął.
- Chodźmy.- wydusił z siebie i rozgrzaną dłonią rozmasował kark.
- Odprowadzę cię.- zaproponował bo z reguły w drodze powrotnej używał deportacji.
- Nie sądzę, aby łatwo było mnie zabić. - uśmiechnął się z nutą tajemniczości, ciesząc się, że Fergus może go wciąż odkrywać. Nie wiedział na przykład o jego zdolnościach związanych z magicznymi pojedynkami. Regularnie ćwiczył nie tylko pływanie (z zamiłowania) ale i ciskanie zaklęć wraz z obroną. Stawiał na rozwiązania praktyczne.
- Możliwe, że od sześciu miesięcy do dwóch lat. Samo tłumaczenie inskrypcji może trwać cztery miesiące. To praca na dłuższy okres czasu lecz bardzo ekscytująca. - żadnej klątwy nie można było usunąć za pojedynczym machnięciem różdżki. Składało się to na wiele aspektów, często związanych z leczeniem alchemicznym. Klątwołamanie miało ścisły związek z wieloma dziedzinami magii - nawet z różdżkotwórcami i ich znajomością drewna czy jego właściwości magicznych.
- Nic. Patrzę sobie na ciebie bo więcej nie mogę.- wzruszył ramionami i pożałował, że nie miał ze sobą kaptura w którym mógłby ukryć połowę twarzy. Czuł się obserwowany przez mugoli.
- Mniej więcej. Najgorsza część tego zawodu, no poza wizytami w szpitalu.- rozmasował policzek, pamiętając ból jaki wyrządziła mu średniowieczna szkatuła, a później samo leczenie.
- Zamiast spaceru wolę pływać ale nigdy nie pozwolono nam przepłynąć jeziora. Zakazać rodzinie żeglarskiej pływania… jak tak można.- zaśmiał się na samą myśl jak we troje rodzeństwa płyną przez jezioro. Później we dwoje bo Cynthia zapałała strachem do wody po śmierci mamy.
Gdy zamilkli, czuł się dobrze. Nie był skrępowany tylko taki… nienasycony. Mógłby rozmawiać z nim całą noc. Przymknął na moment oczy aby zapisać dokładnie w pamięci obraz spokojnej Tamizy i przy nim profil zamyślonego Fergusa. Uśmiechnął się gdy po otwarciu oczu spostrzegł jak się wierci. Ktoś tu nie lubi siedzieć bezczynnie.
- Przysiągłbym, że znalazła cię na piątym roku. To był siódmy? Późno.- jednak skoro nie zwracał na niego uwagi to jak miałby pamiętać szczegóły? Zajmował się swoimi sprawami, szlajaniem się za Brenną, wpadaniem w szlabany, nachodzeniem Zeinady czy przyprawieniem o migrenę szkolnej bibliotekarki.
- To domena Cynthii, nie moja.- zaśmiał się na myśl, że miałby być taki wyniosły i zadziorny jak bliźniaczka. Ona zebrała w sobie ogień, on wodę. Z reguły był łagodny i lekceważył w sobie chęci do bardziej drastycznych metod działania gdy to frustracja zaglądała zza ramienia.
- Miło mi słyszeć, że miała o mnie takie dobre zdanie. Ja to słyszałem non stop, że nie powinienem tak szaleć bo to nie przystoi następcy rodu. - wywrócił oczyma na wspomnienia sprzed lat. Niewiele się od tego czasu pozmieniało. Popatrzył uważniej na Fergusa kiedy ten spiętym głosem wymawiał prawdę. Zmarszczył lekko czoło.
- Nie jestem tak biały jak mnie opisałeś.- rozejrzał się jednak mugole byli daleko a oni nie znajdowali się na samym środku uliczki a na jednej z jej bocznej części. Ta wiedza była mu potrzebna aby położyć na moment dłoń na jego udzie, zasłaniając trochę ich swoim ciałem - jakby tylko zaangażowani rozmawiali.
- Zapewniam, nie masz czego mi zazdrościć. To miłe, co mówisz lecz nie jestem takim jak mnie widziałeś. Jestem… zwyczajny, najbardziej zwyczajny z całej rodziny Flintów. - czując jak dłoń go pali z wytęsknienia z oporem ją uniósł i wstał z ławki. Na twarzy miał wymalowaną tłumioną udrękę. Zwyczajny dziedzic, który spotyka się z mężczyzną. Będzie zakałą rodziny, wywoła skandal, jeśli się to wyda. Wyrzucą go z rodziny, straci prawie wszystko… a i tak nie poszedł po rozum do głowy bo tylko przy Fergusie mógł odpocząć tak, jak zawsze tego pragnął.
- Chodźmy.- wydusił z siebie i rozgrzaną dłonią rozmasował kark.
- Odprowadzę cię.- zaproponował bo z reguły w drodze powrotnej używał deportacji.