22.06.2024, 01:40 ✶
Zmieszał się nieco, gdy Brenna postanowiła z nim dyskutować. Co gorsza, robiła to za pomocą logicznych argumentów, na które ciężko byłoby znaleźć stosowną odpowiedź. Na szczęście był zmęczony na tyle, że nie przejmował się takimi rzeczami.
— Ty nie bądź taka mądra, okey? Jasne, może jestem przemoczony, ale jestem tuż pod domem. Mogę wejść, zmienić ubrania, wziąć ciepłą herbatę i rano będę jak nowo narodzony. Z tego co kojarzę, — zaczął swój monolog, przywdziewając przy tym ton głosu, którego używał do przyjmowania pacjentów w gabinecie. W tej chwili Brenna była jedynie kolejnym krnąbrnym dzieckiem, które nie chciało się zastosować do jego zaleceń. — To wspaniale, że biegasz. Regularne treningi są doskonałe dla utrzymania ciała w dobrej formie, a dotlenianie mózgu z pewnością pomaga w ciągu dnia. Teraz jednak mamy chłodny wieczór, a poza tym... — zaczął, ale nagle przerwał. Wszystko przez to, że wyleciało mu z głowy, co tak właściwie chciał jej powiedzieć. — Poza tym to ja jestem lekarzem z naszej dwójki. Proszę się nie mądrzyć — dokończył, z trudem nie pokazując jej przy tym języka. Wykorzystał do tego ostatnie sprawne szare komórki. Dopiero teraz, gdy skończył z tą nieco specyficzną reprymendą, zaczęło go zastanawiać, czego mogła chcieć. Na szczęście wyglądała na całą i zdrową, przynajmniej tym razem.
— Przeszkadzać? Masz szczęście, że tego nie słyszała. Najpierw zrobiłoby się jej przykro, a potem siłą zaciągnęłaby cię na herbatę i kawałek ciasta — parsknął lekkim śmiechem, kręcąc przy tym głową. Jego mama naprawdę lubiła Longbottomów, a Brenna była chyba jej ulubienicą. W sumie to się nie dziwił, bo sam miał dość podobne odczucia. Byli przyjaciółmi, ale po części czuł się przy niej jak przy starszej siostrze.
— Nigdy nie będę na tyle zmęczony, żeby nie znaleźć czasu na dla bliskich. Zapamiętaj to sobie, moja droga — powiedział, posyłając jej przy tym lekko oburzone spojrzenie. Wiedział, że chciała być grzeczna, ale teksty tego typu były absolutnie niepotrzebne. Przecież wiedziała, że Cedric nigdy nie odmówiłby jej pomocy. — Hm. W takim razie chodźmy do środka. Chcesz usiąść w kuchni, czy przemkniemy się do mnie? Jeśli mama cię zobaczy, pewnie będziesz musiała odłożyć naszą rozmowę o dobre pół godziny — dodał jeszcze, czekając na jej decyzję. Bez słowa sprzeciwu zaakceptował to, że siłą wsunęła go pod osłonę parasola. W sumie to całkiem miło było przestać czuć na sobie ciągły deszcz.
— Zaczynasz mnie lekko niepokoić. Mam nadzieję, ze nie wmieszałaś się w nic głupiego? Bo o niebezpieczne rzeczy ocierasz się zdecydowanie za często — rzucił jej oceniające spojrzenie, po czym lekko pociągnął ją za ramię, prowadząc w stronę apteki. Gdy stanęli już pod dachem budynku, zerknął na nią, czekając na decyzję względem tego, gdzie się udadzą.
— Ty nie bądź taka mądra, okey? Jasne, może jestem przemoczony, ale jestem tuż pod domem. Mogę wejść, zmienić ubrania, wziąć ciepłą herbatę i rano będę jak nowo narodzony. Z tego co kojarzę, — zaczął swój monolog, przywdziewając przy tym ton głosu, którego używał do przyjmowania pacjentów w gabinecie. W tej chwili Brenna była jedynie kolejnym krnąbrnym dzieckiem, które nie chciało się zastosować do jego zaleceń. — To wspaniale, że biegasz. Regularne treningi są doskonałe dla utrzymania ciała w dobrej formie, a dotlenianie mózgu z pewnością pomaga w ciągu dnia. Teraz jednak mamy chłodny wieczór, a poza tym... — zaczął, ale nagle przerwał. Wszystko przez to, że wyleciało mu z głowy, co tak właściwie chciał jej powiedzieć. — Poza tym to ja jestem lekarzem z naszej dwójki. Proszę się nie mądrzyć — dokończył, z trudem nie pokazując jej przy tym języka. Wykorzystał do tego ostatnie sprawne szare komórki. Dopiero teraz, gdy skończył z tą nieco specyficzną reprymendą, zaczęło go zastanawiać, czego mogła chcieć. Na szczęście wyglądała na całą i zdrową, przynajmniej tym razem.
— Przeszkadzać? Masz szczęście, że tego nie słyszała. Najpierw zrobiłoby się jej przykro, a potem siłą zaciągnęłaby cię na herbatę i kawałek ciasta — parsknął lekkim śmiechem, kręcąc przy tym głową. Jego mama naprawdę lubiła Longbottomów, a Brenna była chyba jej ulubienicą. W sumie to się nie dziwił, bo sam miał dość podobne odczucia. Byli przyjaciółmi, ale po części czuł się przy niej jak przy starszej siostrze.
— Nigdy nie będę na tyle zmęczony, żeby nie znaleźć czasu na dla bliskich. Zapamiętaj to sobie, moja droga — powiedział, posyłając jej przy tym lekko oburzone spojrzenie. Wiedział, że chciała być grzeczna, ale teksty tego typu były absolutnie niepotrzebne. Przecież wiedziała, że Cedric nigdy nie odmówiłby jej pomocy. — Hm. W takim razie chodźmy do środka. Chcesz usiąść w kuchni, czy przemkniemy się do mnie? Jeśli mama cię zobaczy, pewnie będziesz musiała odłożyć naszą rozmowę o dobre pół godziny — dodał jeszcze, czekając na jej decyzję. Bez słowa sprzeciwu zaakceptował to, że siłą wsunęła go pod osłonę parasola. W sumie to całkiem miło było przestać czuć na sobie ciągły deszcz.
— Zaczynasz mnie lekko niepokoić. Mam nadzieję, ze nie wmieszałaś się w nic głupiego? Bo o niebezpieczne rzeczy ocierasz się zdecydowanie za często — rzucił jej oceniające spojrzenie, po czym lekko pociągnął ją za ramię, prowadząc w stronę apteki. Gdy stanęli już pod dachem budynku, zerknął na nią, czekając na decyzję względem tego, gdzie się udadzą.