22.06.2024, 12:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.06.2024, 09:10 przez Anthony Shafiq.)
Anthony uśmiechnął się na przytyk, kolejny, choć teraz zdecydowanie szybciej oblicze Erika rozjaśniało się, mimo niezbyt słonecznej w tym regionie aury, a zatem i jego ciało nie zdążyło zareagować niepotrzebnym spięciem. Ostatecznie, nie było to też tak odległe od prawdy stwierdzenie, choć Shafiq pokusiłby się zapewne o małą korektę gramatyczną, bo nie jedno, a jeden, tylko jeden mu był w głowie. I teraz ten jeden właśnie prowadził go przez pola i zielone pastwiska, a cel ich wędrówki zaiste nie był aż tak ważny, jak sam akt wspólnej, niespiesznej aktywności. Liczył się każdy krok, każde miejsce, na które mogli spojrzeć nawet nie zapatrzeni w siebie, ale stojący obok siebie. Co by z resztą nie mówić na temat snobizmu Anthony'ego, był w nim swoisty głód przygody i nie można było powiedzieć, że był w stanie usiedzieć w miejscu, kiedy gdzieś jechał. A przynajmniej tak było podczas większości ich wspólnych wyjazdów.
I tak samo teraz, bez zawahania, bez narzekania na warunki, wciskającą się wszędzie wilgoć, nieco dżdżystą aurę, szedł u boku Erika zasłuchany w jego opowieść. Milczący, oddający mu przestrzeń, jako temu, który przewodzi tej wyprawie.
– Rozumiem, a więc... względy sentymentalne? Brałeś tu udział w kuligu? Mieliście zaprzęgi? Ogniska? Po Twoim tonie wnoszę, że to ważne dla Ciebie miejsce, chyba nie tylko z powodu wspólnych wakacji? – dopytywał zaciekawiony przestrzenią, która w jakimś stopniu definiowała i kształtowała Erika, choć jeszcze nie wiedział w jak znacznym. Całe spotkanie było więc jak książka, której narracje trzeba było uszanować, nie było możliwości skoczyć do ostatniego rozdziału, żeby podejrzeć zakończenie, suspens pełen dramatyzmu lub przytulnych okoliczności.
– Nie bądź surowy dla szkockich wyżyn. Często mówiłem o nich z przekąsem, głównie przez wzgląd na szkołę oraz moją słabość do wysokich temperatur. Mają one jednak niezaprzeczalny urok, snujące we mgle opowieści, cudne ruiny, mrowie owiec... Och i tą charakterystyczną soczystą zieleń bezkresnych połaci upstrzonych małymi górkami kamieni, której niestety nie mogę doświadczyć, ale czytałem, że wpływa kojąco na umysł, podobnie z resztą jak spacer po lesie. – ton miał lekki, przyjemny, nie narzucający się, ale w postawie znać było pewne wycofanie. Szedł bliżej niego niż na Lammas, ale nie szukał kontaktu, zaczepki, przyjmując tyle ile Erik chciał mu ofiarować, bez zadawania nadmiaru pytań. Wytyczali szlaki. To wymagało cierpliwości i ostrożności.
– Skróty? Ha! Chcesz powiedzieć, że powinienem założyć czerwony, a nie niebieski kubraczek na dzisiejszy wieczór? Wielki zły wilku powiedz, może tym razem jednak będziemy się trzymać szlaku, jeśli nie jesteś pewien? Z tego co kojarzę mija babka i tak pewnie czyta coś w okolicach Alei Horyzontalnej – zapytał rozbawiony, po czym dodał nieco poważniej, wciąż jednak uśmiechając się swobodnie: – To tempo mi odpowiada, nawet jeśli się zgubimy i nie dotrzemy na miejsce, myślę, że mogę za kieliszek cherry na końcu drogi wybaczyć Ci absolutnie wszystko. Choć może powinienem ocenić formę zadośćuczynienia na podstawie jutrzejszych zakwasów, jak myślisz?
I tak samo teraz, bez zawahania, bez narzekania na warunki, wciskającą się wszędzie wilgoć, nieco dżdżystą aurę, szedł u boku Erika zasłuchany w jego opowieść. Milczący, oddający mu przestrzeń, jako temu, który przewodzi tej wyprawie.
– Rozumiem, a więc... względy sentymentalne? Brałeś tu udział w kuligu? Mieliście zaprzęgi? Ogniska? Po Twoim tonie wnoszę, że to ważne dla Ciebie miejsce, chyba nie tylko z powodu wspólnych wakacji? – dopytywał zaciekawiony przestrzenią, która w jakimś stopniu definiowała i kształtowała Erika, choć jeszcze nie wiedział w jak znacznym. Całe spotkanie było więc jak książka, której narracje trzeba było uszanować, nie było możliwości skoczyć do ostatniego rozdziału, żeby podejrzeć zakończenie, suspens pełen dramatyzmu lub przytulnych okoliczności.
– Nie bądź surowy dla szkockich wyżyn. Często mówiłem o nich z przekąsem, głównie przez wzgląd na szkołę oraz moją słabość do wysokich temperatur. Mają one jednak niezaprzeczalny urok, snujące we mgle opowieści, cudne ruiny, mrowie owiec... Och i tą charakterystyczną soczystą zieleń bezkresnych połaci upstrzonych małymi górkami kamieni, której niestety nie mogę doświadczyć, ale czytałem, że wpływa kojąco na umysł, podobnie z resztą jak spacer po lesie. – ton miał lekki, przyjemny, nie narzucający się, ale w postawie znać było pewne wycofanie. Szedł bliżej niego niż na Lammas, ale nie szukał kontaktu, zaczepki, przyjmując tyle ile Erik chciał mu ofiarować, bez zadawania nadmiaru pytań. Wytyczali szlaki. To wymagało cierpliwości i ostrożności.
– Skróty? Ha! Chcesz powiedzieć, że powinienem założyć czerwony, a nie niebieski kubraczek na dzisiejszy wieczór? Wielki zły wilku powiedz, może tym razem jednak będziemy się trzymać szlaku, jeśli nie jesteś pewien? Z tego co kojarzę mija babka i tak pewnie czyta coś w okolicach Alei Horyzontalnej – zapytał rozbawiony, po czym dodał nieco poważniej, wciąż jednak uśmiechając się swobodnie: – To tempo mi odpowiada, nawet jeśli się zgubimy i nie dotrzemy na miejsce, myślę, że mogę za kieliszek cherry na końcu drogi wybaczyć Ci absolutnie wszystko. Choć może powinienem ocenić formę zadośćuczynienia na podstawie jutrzejszych zakwasów, jak myślisz?