06.01.2023, 18:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.01.2023, 14:01 przez Morgana le Fay.)
Rozliczono - Fergus Ollivander - osiągnięcie "Piszę, więc jestem"
Pracował cały dzień. Obudził się o piątej rano, o szóstej trzydzieści wyszedł z domu, o siódmej wychodził z poczty z paczką i siódma dwadzieścia już ją otwierał. Zabrał ją z banku do swojego gabinetu, tej klitce, którą wynajmował kiedy chciał w świętym spokoju popracować. Pochłonięty badaniami zapomniał o bożym świecie. Mało co jadł ale za to dużo pił. Siedział nieruchomo, coś przepisywał, sprawdzał, dopasowywał, a puzderko wielkości połowy męskiej dłoni oparte było na trzech iglastych pałąkach, tak trzydzieści centymetrów nad biurkiem. Okno ledwo co uchylone, a on nie potrafił się oderwać od czynności. Był już obolały, ileż można było siedzieć przy biurku. Obok płonącej świecy zebrał już dwadzieścia zapisanych pergaminów, na których nie brakowało ruchomych szkiców puzderka, pieczołowicie skopiowanej transkrypcji, której wzór udało się oddać po czterech godzinach prób przepisania. Artefakt był piękny, mimo że rdza gdzieniegdzie się już do niego dorwała pomimo zaklęć ochronnych nałożonych przez inne grupy klątwołamaczy. Ozdobne wygrawerowane węże miały w oczach osadzone turkusowe, hipnotyzujące kryształki. Wieczko zdawało się lśnić pomimo rdzy, a mała zamknięta kłódka miała wydrążone miejsce na opuszek kciuka. Przedmiot emanował wibracjami i gdy się nachylić to wydawało się, że wydzielał eliksir amortencji… ten przyjemny zapach aż kusił by przytulić puzderko do dłoni. Z tego też powodu Castiel miał na twarzy maseczkę, obejmującą nos i usta. Na dłoniach czarne lateksowe rękawiczki a pomiędzy palcami na krańcu rysika małą gąbeczkę. W buteleczce z dozownikiem miał eliksir rozrzedzający rdzę, której zapach nie potrafił zwyciężyć tego wydzielanego przez puzderko. Czyścił artefakt i dobrze, że nie robił niczego bardziej zaawansowanego bo nagle usłyszał pukanie do drzwi.
- Chwila!- odezwał się a jego głos był stłumiony przez maseczkę. Zsunął ją pod brodę i zdjął rękawiczki będąc już w drodze do drzwi. Łatwo było go znaleźć - wystarczyło zapytać kogokolwiek mu znajomego o pobyt Castiela jeśli nie ma go nad wodą, w domu i w pracy - właśnie w tym gabinecie. Otwierając drzwi nie spodziewał się zobaczyć…
- Fergus.- zamrugał, jakby dopiero co się ocknął. Ogólnie Cas wyglądał tak jak może wyglądać osoba, która spędziła cały dzień przy biurku. Pognieciona koszula, nierówno ułożony kołnierzyk, włosy niedbale zarzucone do tyłu, dezorientacja na twarzy charakterystyczna dla osób wybitych z długotrwałej koncentracji. Wpuścił Olivandera do środka, zamknął za nim drzwi i trzy sekundy później zrobił w jego stronę krok, aby przycisnąć usta do jego suchych warg w powitalnym i powolnym pocałunku. Pachniał papierosami, drewnem, deszczem… identycznie jak puzderko, które badał. Oderwał się po krótkiej chwili, nie zważając na ich wzajemne zdezorientowanie. Och, to było straszliwie krótkie ale cudowne.
- To, że jesteśmy sami i mamy mało miejsca nie znaczy, że możemy tu szaleć.- wyjaśnił, pocierając knykciami czoło aby odzyskać rezon. Uśmiechnął się, zmieniając mimikę pierwszy raz tego dnia na inną niż skupioną.
- Pracuję i to miejsce wymaga mniejszych wybuchów emocji. Nie wiem czy artefakt jest odporny na wpływ magii płynącej od silniejszych uczuć… czyli w sumie to niebezpieczne, że tu przyszedłeś.- na poparcie swoich słów poszedł z powrotem za biurko i upił zimną kawę z brudnego kubka. Nie wyganiał go tylko odsuwał się na odległość nie wzbudzającą silnych emocji. Póki co biurko musiało wystarczyć.
- Co ci potrzeba? Nie mam tu żadnego jedzenia i świeżego napitku. Sam widzisz, mało miejsca i bałagan. - z drogą utorowaną od drzwi do biurka. Wszędzie indziej walały się kartony, pudełka, góry książek, listów, a i nawet drewniany drążek na którym przysypiała jego stara jak świat sowa. Tym razem nie pochłaniał spojrzeniem Fergusa bo jego myśli były cały czas zakotwiczone przy pracy.