W uszach blondyna nie brzmiało to jak przechwałki. Brzmiało to jak zdolność sprzedania samego siebie. W jego rodzinie pieniądz musiał się zgadzać, a ludzie byli jednym ze środków niezbędnych do przepływu tych pieniędzy i ich mnożenia. Byli inwestycją - tylko czy dobrą? Człowiek musi potrafić pokazać swoje mocne cechy, dopiero od pracodawcy zależało, czy pozna też te słabe, o których mówić się nie chciało. Na szczęście dla samego Leona - nie byli tutaj na rozmowie o pracę, chociaż Laurent słuchał go tak, jakby miał wycenić zaraz, czy zostanie przyjęty na wymarzone stanowisko, czy jednak przekreślony. Na przekreślenie nic na razie nie wskazywało. Egzorcyzmy, duchy - to był świat fascynujący, a jednocześnie Laurent podchodził do niego z wielkim dystansem... ciekawe, że sam Leon też. Z tematem przywoływania duchów, w świecie to którym przecież zależało ci na tym, żeby poniekąd podporządkować go twojej woli. Żeby odpowiadał na twoje pytania. Rzadko były to rytuały dla przyjacielskiej pogawędki, bo nigdy niemiałeś stu procentowej pewności, z czym, albo kim, skontaktujesz się po drugiej stronie. Kiwał więc głową, wpatrując się z uwagą i skupieniem w Leona. Z nieskrywaną ciekawością.
- Coś ciekawego dzieje się w Spektrum czy to tajemnica klubowa? - Plotki, ploteczki... czy byli ludzie, którzy ich nie lubią? Wiedza to potęga - czasami potężniejsza nawet od pieniądza. Nie każdą wiedzę bowiem dało się kupić. Za to każdą wiedzę dało się sprzedać. - Aaach, taaak... pamiętam, wspominałeś o tym zdaje się? - Przymrużył trochę oczy z uśmiechem w parze, jakby właśnie bardzo wysilał swój umysł, żeby się skupić na tych opowieściach z dawnych lat. Coś mu się kojarzyło z tą spirytystyką... chyba faktycznie mówił, że jego matka tego naucza? - 1957? - Tak prawdę mówiąc to musiał się chwilę nad tym zastanowić. - Taak... 1957. To nie taki aż przeskok. - Dwa lata rocznikowo, ale to wystarczyło, żeby będąc jeszcze z różnych domów się nie kojarzyć. Lekko poruszył ręką w geście sugerującym, że szkoda gadać, kiedy temat zjechał na Irytka. Szkoda gadać - ale nie do końca to miał na myśli. Nie chciał poruszać tego tematu, bo był frustrujący, a i on sam nie lubił rozmawiać w nadmiarze o szkole i przygodach w niej. Niekoniecznie wspominał ją najlepiej, nawet jeśli niektóre znajomości stamtąd wyniesione były naprawdę bezcenne. - Dla tych, które nie mogą, a chcą... na pewno. - Bo większość nie po to zostawała z żywymi, żeby uważały wymuszone egzorcyzmy za pomoc. Nie uważał tego jednak za żadne dziwactwo - co najwyżej zwracało jego uwagę na uwrażliwienie osoby przed sobą. A to zaś budowało nić porozumienia.
- Nie bardziej niż praca egzorcysty czy w Departamencie Tajemnic... gdzie jedno drugiego nie wyklucza. - Odpowiedzialność... każda praca niosła ze sobą jakąś odpowiedzialność. Jej wydźwięk i płaszczyzna bywał różny - jedni mieli na sobie odpowiedzialność za całe państwo, inni za siebie i dwóch pracowników obok, bo jeśli źle ułożą ich grafik to skończą bez wolnego do końca roku. Skala była różna, a jednak potrafiła tak samo wstrząsać życiem jednostek. - Dziękuję jednak za uznanie. - Tak... pasja. Niektórzy ludzie mówili z pasją - i właśnie to sprawiało, że słuchało się ich z taką uwagą. Dlatego Laurent z taką uwagą słuchał Leona - bo brzmiał jak osoba, która znalazła się na właściwej pozycji we właściwym miejscu. Laurent przecież tam tu był, tak..? Właściwa osoba. Właściwe miejsce. Jedyny syn, jedyna spuścizna. - Lubisz wyścigi? Strasznie głośne i huczne... ale loty z przeszkodami albo ujeżdżanie - polecam z całego serca. Abraksany i konie wręcz tańczą w odpowiednich rękach - i świetnie się przy tym bawią. Niektórzy błędnie uważają, że to je krzywdzi... Nic bardziej mylnego, naprawdę. - Strasznie denerwowały go poglądy, że krzywda się tym koniom dzieje. Może jeźdźcy krzywdzili je osobiście - tak jak człowiek potrafił krzywdzić człowieka - ale same treningi i zawody to była forma zabawy dla tych stworzeń. - Miałeś kiedyś do czynienia z... opętaniem? - Podpytał, bo hasło "Irytek" na moment go wycofało z tamtego zagadnienia, ale ciekawość wygrała.