22.06.2024, 19:02 ✶
Świeczki Mulciberów
Wzdychając dramatycznie w myślach, Leonard mógł jedynie uśmiechnąć się kwaśno na tę, absolutnie niepotrzebną upartość Roberta. Komu planował tak naprawdę zrobić najbardziej na złość swoim złym samopoczuciem? Im, czy raczej sobie? Kiedy tak teraz jednak o tym myślał, być może cała sprawa rzeczywiście miała podkład psychologiczny? Nawet jeśli nie specjalizował się w tej dziedzinie tak, jak poniektórzy uzdrowiciele, miał dostateczne pojęcie, żeby móc snuć pewne podejrzenia.
Tymczasem to ciotkę Lorien obrzucił uważnym spojrzeniem. Swoją 'troskę' o męża z całą pewnością okazywała w stawiający wiele rzeczy pod znakiem zapytania sposób. Nie żeby jego samego jakoś szczególnie to martwiło. Nie jego kobieta, nie jego problem.
- Wciąż uważam, że odpoczynek byłby wskazany - postanowił wtrącić z tym samym, przyklejonym do twarzy uśmiechem, w któym jednak dało się dostrzec tym razem pewną pobłażliwość. - O ile wuj nie planuje zagwarantować nam powtórki z rozrywki w najbliższym czasie, ma się rozumieć - dodał tym razem już nieco stanowczej.
Nie lubił, kiedy jego starania szły na marne. Zwłaszcza za sprawą nieodpowiedzialności pacjentów. Jedno licho wie, ilu skazałby w swoim poprzednim miejscu pracy na radzenie sobie z efektami różnorakich wypadków w pojedynkę, gdyby to od niego zależało. I to tylko dlatego, że ci wykazywali oporność w zaleceniach. Przynajmniej wyczarowaną przez Charliego wodę Robert przyjął bez większego sprzeciwu.
Podpytywany o zdarzenia, które wujowi ewidentnie umknęły, sam mógł osobiście tylko wzruszyć ramionami.
- Jedno wielkie zamieszanie i nieoczekiwane bójki z cholera wie jakich, prywatnych powodów. Zdaje się, że pewni osobnicy tylko czaili się w pobliużu, żeby narobić kłopotów.
Osobiście nawet nie obchodziło go to jakoś szczególnie. Choć musiał przyznać, że cały obrót sytuacji niemało go rozbawił w pewnych momentach. Jedna tylko rzecz wciąż martwiła, gdy w obrębie wzroku pojawiła się Sophie.
Leonard zmarszczył brwi i przeskanował jej osobę od stóp do głów. Nie wiedział, czy chce wspominać o tym, co przydarzyło się kuzynce. Wyglądało zresztą na to, że czuła się na tyle dobrze, żeby rozkręcić nową dramę.
- Sophie... Twój ojciec nie umiera - zwrócił się do niej, rozcierając dłonią kark. Radzenie sobie z płaczącymi kobietami nie było jego mocną stroną.
Wzrokiem spróbował też odszukać brata i ojca, którzy odeszli gdzieś na bok. Biedny Charlie pewnie zbierał teraz słowne cięgi. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby wylewających łzy przybyło. Z odległości spróbował więc ocenić straty w nastrojach panujących między ojcem a bratem.
Wzdychając dramatycznie w myślach, Leonard mógł jedynie uśmiechnąć się kwaśno na tę, absolutnie niepotrzebną upartość Roberta. Komu planował tak naprawdę zrobić najbardziej na złość swoim złym samopoczuciem? Im, czy raczej sobie? Kiedy tak teraz jednak o tym myślał, być może cała sprawa rzeczywiście miała podkład psychologiczny? Nawet jeśli nie specjalizował się w tej dziedzinie tak, jak poniektórzy uzdrowiciele, miał dostateczne pojęcie, żeby móc snuć pewne podejrzenia.
Tymczasem to ciotkę Lorien obrzucił uważnym spojrzeniem. Swoją 'troskę' o męża z całą pewnością okazywała w stawiający wiele rzeczy pod znakiem zapytania sposób. Nie żeby jego samego jakoś szczególnie to martwiło. Nie jego kobieta, nie jego problem.
- Wciąż uważam, że odpoczynek byłby wskazany - postanowił wtrącić z tym samym, przyklejonym do twarzy uśmiechem, w któym jednak dało się dostrzec tym razem pewną pobłażliwość. - O ile wuj nie planuje zagwarantować nam powtórki z rozrywki w najbliższym czasie, ma się rozumieć - dodał tym razem już nieco stanowczej.
Nie lubił, kiedy jego starania szły na marne. Zwłaszcza za sprawą nieodpowiedzialności pacjentów. Jedno licho wie, ilu skazałby w swoim poprzednim miejscu pracy na radzenie sobie z efektami różnorakich wypadków w pojedynkę, gdyby to od niego zależało. I to tylko dlatego, że ci wykazywali oporność w zaleceniach. Przynajmniej wyczarowaną przez Charliego wodę Robert przyjął bez większego sprzeciwu.
Podpytywany o zdarzenia, które wujowi ewidentnie umknęły, sam mógł osobiście tylko wzruszyć ramionami.
- Jedno wielkie zamieszanie i nieoczekiwane bójki z cholera wie jakich, prywatnych powodów. Zdaje się, że pewni osobnicy tylko czaili się w pobliużu, żeby narobić kłopotów.
Osobiście nawet nie obchodziło go to jakoś szczególnie. Choć musiał przyznać, że cały obrót sytuacji niemało go rozbawił w pewnych momentach. Jedna tylko rzecz wciąż martwiła, gdy w obrębie wzroku pojawiła się Sophie.
Leonard zmarszczył brwi i przeskanował jej osobę od stóp do głów. Nie wiedział, czy chce wspominać o tym, co przydarzyło się kuzynce. Wyglądało zresztą na to, że czuła się na tyle dobrze, żeby rozkręcić nową dramę.
- Sophie... Twój ojciec nie umiera - zwrócił się do niej, rozcierając dłonią kark. Radzenie sobie z płaczącymi kobietami nie było jego mocną stroną.
Wzrokiem spróbował też odszukać brata i ojca, którzy odeszli gdzieś na bok. Biedny Charlie pewnie zbierał teraz słowne cięgi. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby wylewających łzy przybyło. Z odległości spróbował więc ocenić straty w nastrojach panujących między ojcem a bratem.